Syryjska wojna rozlewa się przez granice

Zwrot w tureckiej polityce nastąpił w trakcie powstania przeciw Kaddafiemu w Libii. Początkowo Ankara była jednym z głównych oponentów zachodniej interwencji w tym kraju, spodziewając się zapewne, jak w Iraku, powszechnego niezadowolenia świata muzułmańskiego, a ponadto bojąc się podejrzeń o sympatyzowanie z „islamskimi rebeliantami”. Gdy jednak okazało się, że operacja NATO tym razem cieszy się poparciem muzułmańskich mediów i ulicy, Turcja zmieniła front, włączając się w dyplomatyczne i finansowe wsparcie opozycji.

Turecko-syryjskie rozstanie

Podobny krok był jednak dużo trudniejszy w stosunku do sąsiedniej Syrii, gdyż oznaczałby konieczność poświęcenia budowanych przez całą dekadę dobrych relacji z Damaszkiem i popierającym go Iranem. W pierwszych miesiącach rewolucji Ankara ograniczyła się więc do potępiania aktów przemocy wobec cywilów, przymykając oczy na ukrywających się po jej stronie granicy dezerterów z syryjskiej armii. Nie atakowała natomiast personalnie prezydenta Asada.

Stopniowo stała się jednak jego najostrzejszym krytykiem. W lipcu 2011 r. udzieliła gościny Syryjskiej Radzie Narodowej, aspirującej do miana opozycyjnego rządu na emigracji. Pozwoliła ulokować na swoim terytorium kwaterę główną Wolnej Armii Syryjskiej, jednoczącej ugrupowania zbrojne walczące z Asadem. Stała się głównym szlakiem przemytu broni i ochotników przybywających z państw arabskich do rebeliantów.

Polityka ta już w zeszłym roku doprowadziła do załamania w relacjach turecko-syryjskich. Rząd Erdogana kilkakrotnie posuwał się nawet do gróźb interwencji zbrojnej w obronie ludności cywilnej. Deklaracje te były jednak traktowane tylko jako forma dyplomatycznej presji na dyktatora. Państwa Zachodu nie palą się bowiem do bezpośredniego militarnego angażowania się w Syrii, a sprzeciw Rosji i Chin blokuje działania pod auspicjami ONZ, podobne do podjętych w Libii. Nikt zaś nie spodziewa się, by państwa muzułmańskie...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: