Jestem nikim

Wpłacałam, ile mogłam

– W 2003 r. umarł mój mąż i zostawił mieszkanie, w którym oprócz mnie zameldowany był jeszcze pasierb. To niecałe 30 mkw. w centrum Warszawy. Kilka miesięcy później próbowałam nabyć prawa do mieszkania. Starania trwały rok, ale okazało się, że nie mogę nabyć praw do lokalu. Nawet jeśli ktoś mieszka przez kilkadziesiąt lat w zasobach wojskowych, a w wojsku nie pracuje, nie ma do lokalu żadnych praw. Grożono mi 200-proc. podwyżką czynszu albo eksmisją. Ale prawdziwa wojna o zajmowaną przeze mnie kawalerkę rozpoczęła się dwa lata temu. Jeden z sąsiadów wymyślił sobie, że może rozbudować swoje mieszkanie, i zaczął starania w wojskowej administracji. Wykorzystał fakt, że nie byłam w stanie płacić całego czynszu. Wpłacałam tyle, ile mogłam. Nie mam renty ani emerytury po mężu. Ale nigdy nie wyciągałam ręki do instytucji rządowej czy pozarządowej. Przeciwnie, sama starałam się w miarę możliwości dzielić z innymi. Zawsze w życiu liczyłam tylko na siebie. Ciężko pracowałam, przeważnie w restauracyjnych kuchniach. Ostatnio o pracę było trudno. Jeśli się coś znalazło, to głównie na czarno. Gdy prosiłam o zalegalizowanie zatrudnienia, natychmiast mnie zwalniano. Takie życie, takie czasy. W prestiżowych lokalach panują zasady, że nie ma nawet umów śmieciowych. Pracujesz, ale wszystko jest „na gębę”. Mój dług za niepłacony czynsz urósł do 27 tys. zł. Wiele razy zgłaszałam się do urzędników z WAM i prosiłam o jakąś pracę, może sprzątanie albo porządki w ogrodzie. Chciałam dorobić na czynsz. Urzędniczki odpowiadały: „To mieszkanie i tak pani straci, ale proszę się nie martwić, damy zastępcze”. Niestety, to były tylko słowa – opowiada pani Ewa.

Nie wiem – z rozpaczy czy z bezsilności...

– Mimo że od 1990 r. miałam stałe zameldowanie, dowiedziałam się, że do mieszkania nie nabyłam żadnych praw. Po 22 latach okazało się, że jestem sprzętem, a nie człowiekiem. Jak mogłam się czuć? W grudniu 2010...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: