Nawet „smoki latające” nas nie zmogły

Wywiad numeru [Wybory prezydenckie, Zjednoczona Prawica, opozycja]

fot. PAP/Piotr Nowak
fot. PAP/Piotr Nowak
Premier Mateusz Morawiecki jest jedną z tych osób, obok samego pana prezydenta Andrzeja Dudy i oczywiście prezesa Jarosława Kaczyńskiego, które bardzo wydatnie przyczyniły się do wywalczenia reelekcji. Był zaangażowany w kampanię wyborczą, sprawnie kieruje rządem, w mojej ocenie pomysły zakładające zmianę na stanowisku premiera byłyby skrajnie nieracjonalne i destabilizujące sytuację polityczną w Polsce – mówi Joachim Brudziński, szef sztabu organizacyjnego Andrzeja Dudy. Rozmawiają Katarzyna Gójska i Tomasz Sakiewicz 

Był Pan jednym z najbardziej milczących członków sztabu prezydenta Andrzeja Dudy. Czy to wybór czy przypadek?
Zanim odniosę się do pytania, chciałbym podziękować. Słowa podziękowania muszą paść, do tej pory nie było ku temu dobrej okazji, a dla mnie jest zupełnie oczywiste, iż nie byłoby zwycięstwa pana prezydenta, gdyby nie zaangażowanie setek tysięcy wolontariuszy, a w tym gronie jednymi z najaktywniejszych, jeśli nie po prostu najaktywniejszymi, byli członkowie klubów „Gazety Polskiej” i sympatycy tygodnika. W pas się kłaniam wszystkim, którzy z takim oddaniem i determinacją pracowali przy kampanii pana Andrzeja Dudy, bez Was, Szanowni Państwo, nie byłoby reelekcji. Myślę z wielkim uznaniem o działaniach podejmowanych w kraju i za granicą. Z całego serca dziękuję za wsparcie.
Odpowiadając na pytanie – tak, to był mój świadomy wybór. Kampania prezydencka to kampania jednego człowieka, na nim winna skupić się uwaga opinii publicznej. Zatem gdy zostałem wskazany przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego i zaakceptowany przez pana prezydenta na szefa organizacyjnego jego sztabu, to zawiesiłem swoją aktywność medialną i zacząłem robić to, do czego zostałem powołany i w czym mam już spore doświadczenie, czyli do koordynowanie współpracy między wszystkimi ośrodkami, środowiskami, organizacjami zaangażowanymi we wspieranie starań o reelekcję. To była trudna kampania. Pierwszy raz prowadziliśmy ją dla urzędującej głowy państwa, co wymagało uwzględnienia aktywności naszego kandydata, zbudowania współpracy między centralą partii a Kancelarią Prezydenta, KPRM, klubem parlamentarnym i oczywiście ponad 40 terenowymi sztabami. Wynik wyborów jednoznacznie wskazuje na to, że udało się zrealizować tę misję.

Które z haseł, idei tej kampanii były najbardziej mobilizujące? Które z nich miały największy wpływ na osiągnięcie zwycięstwa?
Wszystko to, co wywoływało szczere i pozytywne emocje wśród wyborców i pozwalało Polakom dostrzec, że nasz kandydat to polityk wiarygodny. Największe poruszenie udało nam się uzyskać wśród wyborców konserwatywnych, dla których sprawy światopoglądowe, wartości budujące naszą tożsamość, leżące u podstaw naszego państwa, są bardzo ważne. Zatem nie obłe słowa, tzw. ciepła woda, i nawet nie sprawy dotyczące kwestii finansowych, lecz przede wszystkim przywiązanie do wartości i wiarygodność pana prezydenta przechyliły szalę zwycięstwa. Wpłynęły również na wzrost zaangażowania naszych zwolenników. Nic tak bowiem nie zachęca ludzi do działania jak emocje, idee i przekonanie o autentyczności oraz poczucie wspólnoty. To dzięki poparciu  takich wyborców – ludzi wierzących, patriotycznych – pan Andrzej Duda 6 sierpnia rozpocznie drugą kadencję. Cieszy mnie, że to, co jest największym zadaniem dla sztabu, a więc mobilizacja wyborców, powiodło się. Po raz kolejny okazało się, iż to publicystyczne i mityczne centrum nie wygrywa wyborów. Pan prezydent Andrzej Duda mówił, iż to nie głosy tzw. warszawki czy krakówka wygrywają wybory. Nie ma w tej wypowiedzi nic obraźliwego, chodzi oczywiście o pewne pokolenie – często określane mianem aspirującego – które zostało wychowane przez konserwatywnych rodziców w poszanowaniu dla polskiej tradycji i kultury, ale pod wpływem politycznej poprawności, propagandy mediów ją narzucających uznało swe korzenie za obciążające. Zatem nie chodzi tu o miejsce zamieszkania, lecz o stan umysłu. Siłą naszej kampanii było zmobilizowanie ludzi, którym prawdziwie drogie są przyszłość Polski, zachowanie tradycji, poszanowanie naszej historii. To miliony Polaków. Kiedy kilka miesięcy temu w wyborach parlamentarnych zdobyliśmy jako PiS ponad 8 mln głosów, co jest wynikiem historycznym, pewna grupa publicystów i badaczy opinii przekonywała, że takimi hasłami, taką kampanią udało się wygrać po raz ostatni. Teraz pan prezydent nie dość, że nieco poprawił ten wynik w pierwszej turze, to jeszcze w drugiej przebił granicę 10 mln. I znów ci sami ludzie mówią to samo, próbując nakłonić nas do szukania nowych wyborców i niesięgania po hasła, które są bliskie tym, których już mamy. Zachęcam do porzucenia takich złudzeń. Te prognozy nigdy się nie sprawdzały. Już po wyborach do europarlamentu mówiono, że udało się wygrać tylko dlatego, że frekwencja była niższa niż będzie w kolejnych starciach wyborczych. Z wyborów na wybory liczba głosujących rośnie, a my wciąż osiągamy cele. Nie dajmy się zwieść „fałszywym przyjaciołom” i ich „życzliwym diagnozom”.

W tej kampanii pan prezydent był sam przeciwko wszystkim – żaden z liczących się kandydatów z I tury nie udzielił mu poparcia. Przeciwnie. Budowano silne oczekiwanie, by wszyscy głosowali przeciwko kandydatowi PiS, tak jakby głosowali po prostu przeciwko PiS-owi. Nikt wcześniej nie wygrał w Polsce wyborów w takich okolicznościach.
Mogę zacytować fragment z mojej ukochanej „Pieśni konfederatów barskich”: „Choćby na smokach wojska latające, nas nie zatrwożą”. Mimo takiego przekazu, takiej presji, nie dali rady. Po I turze politycy Platformy chełpili się zwycięstwem, tłumacząc, iż wszyscy kandydaci opozycyjni zdobyli razem daleko większe poparcie niż urzędujący prezydent. Wszystkie te siły sprzęgły się w II turze, przypuściły atak na urzędującą głowę państwa i stał się cud. Smoki latające, które miały nas zmieść, przegrały wybory. Stało się tak dlatego, iż do urn ruszyli konserwatywni wyborcy zmobilizowani wizją pana prezydenta, jego wiarygodnością, autentycznością, ale także konsekwencjami jego ewentualnej porażki. Nie bez znaczenia była zapewne siła ataku na pana prezydenta – utwardziła determinację naszych zwolenników. Mam na myśli przede wszystkim haniebną publikację niemieckiego brukowca na ostatniej prostej kampanii i impertynenckie, pogardliwe ataki niemieckich dziennikarzy. W mojej opinii wielu Polaków zareagowało w sposób zupełnie naturalny, broniąc godności naszego państwa, i chciało wysłać tym ludziom prosty i jasny komunikat: odkolegujcie się od naszej ojczyzny i naszych spraw. Wiele osób poczuło się wręcz zobowiązanych do stanięcia w obronie prezydenta Rzeczypospolitej.

Dla kandydata Konfederacji wybór pomiędzy prezydentem Dudą a Rafałem Trzaskowskim powinien być dość oczywisty, bo prezydent Warszawy nie podziela z nim żadnych wartości, wręcz przeciwnie. Mimo to Konfederacja nie zdecydowała się na wsparcie urzędującej głowy państwa.
Pan Bosak nie wsparł prezydenta Andrzeja Dudy, ale dla ogromnej części jego wyborców wybór był oczywisty. Dziękuję zwolennikom pana Bosaka za głosy oddane na prezydenta Andrzeja Dudę. Okazali odpowiedzialność i dalekowzroczność. Nie dali się zdezorientować taktyce przyjętej przez niektórych liderów Konfederacji: pójdę na wybory, ale nie zagłosuję na ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Jak nie na niego, to na kogo? – pytam, skoro startuje dwóch. Środowisko polityków Konfederacji jest niezwykle eklektyczne. Jest próbą spojenia dwóch – bardzo często sprzecznych – wizji: ruchu narodowego, który ma wielu szczerych, patriotycznych zwolenników, i części określanej mianem wolnościowej, kierującej się niekiedy kompletnie odmiennymi wartościami. Jeden z jej liderów, pan Jacek Wilk, zachęcał, by w II turze głosować na Trzaskowskiego, bo to zaszkodzi PiS-owi. A jak – z punktu widzenia ludzi przywiązanych do tradycji – wpłynie na Polskę? Dla ogromnej części narodowców to było nie do przyjęcia i dali temu wyraz, popierając prezydenta Andrzeja Dudę w decydującym starciu. Przerośli pana Wilka inteligencją i uczciwością. Tu trzeba szczególnie wyróżnić grono tworzące Marsz Niepodległości. Część jego liderów otwarcie wspierała prezydenta w II turze. Sądzę, że to dobry prognostyk na przyszłość i potwierdzenie, że to PO jest naszym wspólnym wrogiem. Każdy wie, kiedy ustały prowokacje podczas rokrocznych marszów.

Trudno nie dostrzec, iż kandydat Platformy poza sztabem partyjnym, oficjalnym, miał jeszcze jeden – nie wiem, czy nie ważniejszy – sztab medialny. Wspomniał Pan o publikacji „Faktu”, ale przecież inne media tego samego właściciela i jedna telewizja blokowały niekorzystne dla Rafała Trzaskowskiego informacje, albo po prostu odwracały kota ogonem, opisując aktywność posła Nitrasa podczas kampanii. Tymczasem w proteście wyborczym skierowanym do SN Platforma pisze o zaangażowaniu TVP w kampanię prezydenta Dudy. Jak Pan ocenia te dwa aspekty?
Gdyby położyć na jednej szali media zaangażowane w kampanię Trzaskowskiego, a na drugiej te, które starały się zadawać mu niewygodne pytania – bo wszak taka jest misja dziennikarzy – to nie ma wątpliwości, która by przeważyła. Pierwsza. Zdecydowanie pierwsza. Ale zgodnie ze stosowaną na szeroką skalę przez Platformę zasadą odwracania znaczeń, dziś krzyczą, iż byli ofiarami nagonki medialnej i telewizja publiczna, „Gazeta Polska”, Radio Maryja stoją za porażką pana Trzaskowskiego. Mogę zatem zapytać: dlaczego TVN, Onet, „Fakt”, „Gazeta Wyborcza” i inne media nie dały kandydatowi PO zwycięstwa? Przecież nie publikowały niewygodnych dla niego informacji, nie zadawały trudnych pytań, promowały go, budowały pozytywny wizerunek, a nawet listy poparcia. Odpowiedź wydaje się oczywista: bo większość Polaków okazała się impregnowana na ich nachalną propagandę i potrafiła właściwie ocenić, które media są rzetelne, a które nie. Jako sztabowiec prezydenta Dudy mogę szczerze powiedzieć, iż rzeczywiście postrzegaliśmy te media jako groźniejszy sztab Trzaskowskiego niż ten, który tworzyli Sławomir Nitras, pani Pomaska, pan Tomczyk i wybitny spec od marketingu politycznego pan Szłapka, który w wywiadzie mówił o swoim kandydacie, że jest tchórzem. Ten ochronny kordon medialny, walec medialny, na pewno był poważniejszym przeciwnikiem niż to pożal się Boże grono pijarowców.

Skąd tak jawne zaangażowanie mediów z niemieckim właścicielstwem w proces wyborczy w Polsce?
Bo Rafał Trzaskowski był gwarantem niemieckich interesów. Jawnie opowiadał się za rezygnacją z wielkich inwestycji infrastrukturalnych w Polsce, które będą konkurencją dla niemieckiej gospodarki. Jest przeciwnikiem ubiegania się od państwa niemieckiego o odszkodowania za zniszczenia wojenne dokonane w Polsce. Bez wątpienia kontynuowałby politykę zagraniczną Tuska, w której przecież jako członek rządu uczestniczył. Z niemieckiego punktu widzenia wybór prezydenta Warszawy na najwyższy urząd w RP byłby doskonałą wiadomością. Patrząc tak na tę sprawę, trudno się dziwić temu zaangażowaniu. Choć oczywiście należy je potępić, bo wybory to sprawa wewnętrzna państwa polskiego i żadne siły zewnętrzne nie powinny się w nie wtrącać.

Z badań publikowanych w czasie kampanii – jeszcze zanim nastąpiła wymiana kandydatów PO – wynikało, iż groźniejszym przeciwnikiem dla prezydenta byłby kandydat spoza tej partii – lider PSL czy Hołownia. Może zatem z waszego punktu widzenia dobrze się stało, że Platforma wystawiła Trzaskowskiego, a nie Kidawę, bo gdyby tego nie zrobiła, walka o reelekcję byłyby trudniejsza.
Nie podzielam tej opinii. Źle się stało, iż w pierwszym wyznaczonym terminie wybory zostały zablokowane choćby przez rokosz samorządowców, ale także przez działania – świadome bądź nie – niektórych polityków z naszego obozu. Musimy wyciągnąć z tego wnioski, choćby tworząc centralny rejestr wyborców, jak działa to w krajach Europy Zachodniej, by nikomu znów nie przyszło do głowy blokować wyborów w imię interesów swojej partii. To było niekorzystne z punktu widzenia naszego państwa, jego powagi. Wielką odpowiedzialnością w tej trudnej sytuacji wykazał się szef PKW, który zażegnał niebezpieczny dla Polski kryzys. Lider Platformy był gotów rozchwiać sytuację w naszym kraju, byle tylko ratować własną skórę po kompromitacji z kampanią pani Kidawy-Błońskiej. Jego własną kompromitacją. I to nie tylko ze względu na tę kompromitację, lecz także na fatalną reputację PO pan Trzaskowski jak diabeł święconej wody unikał skojarzeń z ugrupowaniem, którego jest wiceszefem. Kłamał w żywe oczy, twierdząc, że nigdy nie był działaczem partyjnym. Muszę jednak zwrócić uwagę na kluczowy aspekt, o którym już zresztą mówiliśmy. Druga tura była walką wszystkich przeciwko Andrzejowi Dudzie. Z tego punktu widzenia twierdzenie, iż z Trzaskowskim było mu łatwiej wygrać niż na przykład z Kosiniakiem-Kamyszem, nie jest prawdziwe. Kimkolwiek byłby rywal pana prezydenta, II tura zawsze miałaby charakter plebiscytu wszyscy przeciwko kandydatowi popieranemu przez PiS. Teraz przed nami kluczowe wyzwanie – utrzymanie tego ogromnego poparcia społecznego i zwycięstwo za trzy lata dzięki ofiarnej, uczciwej i pokornej służbie obywatelom.

Czy pokora nie jest słowem kluczem? Czytając powyborcze komentarze celebrytów popierających Rafała Trzaskowskiego, można odnieść wrażenie, iż trudno o większy festiwal pogardy i buty.
A nierzadko wręcz obelżywości. Tak. Pokora to słowo klucz. Nie możemy wejść w buty tych ludzi, którzy najwyraźniej nawet nie rozumieją tego słowa. Nie możemy pozwolić na to, by zachowywać się tak wobec zwolenników pana Trzaskowskiego, jak środowisko go popierające wobec naszych zwolenników. Jestem realistą i nie wierzę w szybkie zasypywanie podziałów. Spór jest istotą demokracji, sęk w tym, by przybierał formy cywilizowane, i tego musimy od siebie wymagać. I wymagamy. Nasi rywale mają usta pełne frazesów o demokracji, tolerancji, wolności słowa, a jak przychodzi co do czego, to wydzierają transparenty wyborcom krytycznym wobec ich kandydata czy drą się przez szczekaczkę do ucha dziennikarza, który chce zadać im pytanie. To, co Nitras wyprawiał w kampanii, na przykład fizycznie atakując przeciwników Trzaskowskiego czy posła, dzieje się niemal na każdym posiedzeniu Sejmu, gdzie nasi liderzy spotykają się na sali plenarnej z chamstwem i agresją. Większość mediów nie widzi w tym problemu i sprawa ta nie przebija się do opinii publicznej. Jeśli mamy przebić się do nowych grup wyborców, w tym tych, którzy dziś głosują na naszych przeciwników, czyli do mieszkańców miast, z wyższym wykształceniem, to pluralizm medialny musi być większy. Jeśli oni mają wykrzywiony obraz tego, co dzieje się w kampanii czy na co dzień na sali sejmowej, jeśli ofiary mają zdefiniowane jako agresorów, to nic dziwnego, że nie chcą nas poprzeć. To musi się zmienić, byśmy wyszli poza te 8–10 mln, które już dziś głosują na nas.

Podczas tej kampanii wielokrotnie mogliśmy mieć wrażenie, iż przedstawiciele sztabu kandydata Platformy – raz nawet on sam – zachowywali się co najmniej dziwnie, jakby nie do końca panowali nad sobą. Internauci komentowali to jednoznacznie, łącząc ich podejrzany sposób bycia z substancjami psychoaktywnymi.
Nie mam dowodów na to, iż ktokolwiek był pod wpływem takich środków, zatem nie będę się na ten temat wypowiadał. Mogę powiedzieć, że zachowanie choćby tych polityków, których wymieniłem przed chwilą, oceniam bardzo krytycznie. Z drugiej strony jako sztabowiec prezydenta Dudy mogę być wdzięczny choćby posłowi Nitrasowi za jego wyczyny, bo bez wątpienia mobilizowały naszych zwolenników.

Czy w kampanii przed II turą był taki moment, było takie wydarzenie, po którym pomyślał Pan: po tym wygramy. Notowania obu kandydatów różniły się od siebie w granicach błędu statystycznego.
Było kilka zdarzeń, które pozwalały nam na optymizm. Odmowa udziału przez pana Trzaskowskiego w debacie w Końskich, wywiad prezesa Jarosława Kaczyńskiego w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, brutalna szarża dziennika „Fakt”. Przypominam, iż pan prezydent był zaprezentowany na okładce tego brukowca tak, jakby był sprawcą czynu pedofilskiego. Wiem, iż bardzo wiele osób odczytało ten atak jako potężne przegięcie, wręcz obrazę – nie tylko dla prezydenta, lecz także dla państwa. Nie zdradzę tajemnicy, gdy powiem, iż monitorowaliśmy poparcie dla obu kandydatów i wiedzieliśmy o niewielkiej różnicy między nimi. Zatem mieliśmy świadomość, że każdy niewłaściwy ruch może okazać się katastrofą, czuliśmy odpowiedzialność za każde słowo. I jednocześnie znaliśmy wagę mobilizacji wyborców. Z tego punktu widzenia wymieniona przeze mnie wizyta pana prezesa Kaczyńskiego w mediach kierowanych przez ojca Tadeusza Rydzyka miała znaczenie kluczowe. Zmobilizowała seniorów do udziału w wyborach. Wielu z nich obawiało się koronawirusa, zatem uświadomienie im, że pójście do lokalu wyborczego jest bezpieczniejsze niż do marketu – co jest zgodne z prawdą – też miało znaczenie. Media wspierające Trzaskowskiego straszyły starszych ludzi, że głosując, zarażą się.

Wskazał Pan na mobilizację starszych wyborców, a co z najmłodszymi? Spora część z nich zagłosowała na innych kandydatów niż na prezydenta Dudę. Czy PiS ma pomysł, jak dotrzeć do młodych Polaków? To wyzwanie przed wami.
Patrzę na tę sprawę spokojnie. Przyjdzie czas na dogłębne analizy, bo uważam, iż te hasła rzucane dziś wobec naszej formacji, że młodzi omijają nas szerokim łukiem, nie są prawdziwe. Rzeczywistość jest bardziej złożona. Jeżeli zsumujemy głosy najmłodszych wyborców oddane na prezydenta i kandydata Konfederacji, to najpewniej okaże się, iż blisko połowa tej grupy wiekowej wybrała kandydatów reprezentujących konserwatywne wartości. Trzeba się zastanowić, jak trafić do młodych, którzy mają konserwatywną wizję świata, a wybierają partię szermującą hasłami ostrzejszymi niż PiS. Konfederacja otwarcie opowiada się przeciw LGBT, aborcji, a nawet sprzeciwia się polityce klimatycznej Unii Europejskiej, broniąc węgla, i większość jej zwolenników to ludzie młodzi. Klucz do młodych to nie jest więc jedynie droga, jaką narzucają liberalne media i „życzliwi” nam komentatorzy. Należy pamiętać, że pan Andrzej Duda startował jako urzędująca głowa państwa, a zazwyczaj jest tak, iż młodsi wyborcy mają tendencję do głosowania przeciwko reprezentantowi środowiska sprawującego władzę. Idąc dalej, należałoby dokładnie sprawdzić, jak głosowali młodzi ludzie z mniejszych miejscowości, a jak ci z największych. Tu też najpewniej będzie jakaś ciekawa prawidłowość. Ale takie pogłębione analizy przed nami. Na pewno zarówno my, jak i naukowcy, analitycy życia społecznego, będą je przeprowadzać. Nie uważam jednak, by sytuacja dla obozu rządzącego była fatalna. Przede wszystkim na każdych wyborach mamy wśród młodych poparcie 20 proc. lub wyższe. Mimo że ciągle pojawiają cię nowe oferty dla młodych (ostatnio Konfederacja i Hołownia), to my swoje bierzemy. Liczbowo w I turze było to nawet więcej głosów, bo frekwencja w tej grupie była sporo wyższa niż w eurowyborach i wyborach do Sejmu. A więc nie można powiedzieć, że jest znaczący odpływ młodych od PiS. Na pewno musimy zacząć intensywniej komunikować się z młodymi ludźmi poprzez najczęściej używane przez nich kanały komunikacji. To nie ulega wątpliwości. Ale jestem pewien także tego, że w docieraniu do młodych wyborców musimy pozostać autentyczni, nie możemy nagle ruszyć ku nim z jakimiś kompletnie niepasującymi do nas hasłami tylko dlatego, iż ktoś nam podpowie, że one mogą zadziałać na pokolenie aspirującej wielkomiejskiej młodzieży. Nie możemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Zatem mówiąc o docieraniu, nam na myśli nie zmianę naszych poglądów i postulatów, lecz wybranie skuteczniejszych narzędzi komunikacji.

Nie chcecie być jak Trzaskowski, który nagle, na potrzeby kampanii, raz był socjalistą, innym razem związkowcem, a za chwilę niemal członkiem ONR.
Wiarygodność to ogromna wartość. Zawsze. W polityce również. Prezydent Duda wygrał bardzo trudną wyborczą walkę m.in. dzięki wiarygodności. Wielu publicystów od lat nam podpowiada, byśmy mieli przekaz nakierowany na wszystkich, ale tak się nie da. Nie można  rzucać się od ściany do ściany, bo rezultatem takiej strategii nie będzie zdobywanie, lecz utrata wyborców – w naszym przypadku oddanych, gotowych do pracy i mobilizacji wyborców konserwatywnych. Te wybory pokazały, iż mając ich zaufanie, możemy zwyciężać nawet wówczas, gdy reszta formacji politycznych i ogromna cześć mediów jest przeciwko nam. To ogromny kapitał.

Platforma złożyła protest wyborczy. Domaga się od SN, by stwierdził nieważność wyborów, ponieważ odbyły się one w terminie niekonstytucyjnym. Co prawda przed wyborami politycy PO z liderem tej formacji wielokrotnie mówili, iż 28 czerwca jest datą zgodną z konstytucją, jeśli chodzi o możliwość przeprowadzenia wyborów prezydenckich, ale najwyraźniej pan Budka i jego koledzy zmienili zdanie.
Błazenada i kabaret. Trudno inaczej to podsumować. Na szczęście o ważności wyborów decyduje Sąd Najwyższy, a nie pan Budka z kolegami, a dla sądu ważną przesłanką będzie przede wszystkim niekonstytucyjne uniemożliwienie przeprowadzenia wyborów w terminie, w którym one były pierwotnie wyznaczone. Tego działania – prawdziwie sprzecznego z naszym prawem – dopuścili się szef PO, jego środowisko polityczne i związani z nim samorządowcy. Przypominam, że ze strony tych ostatnich mieliśmy zapowiedzi niewydawania spisów wyborców. Dla tego środowiska konstytucja jest tylko narzędziem do okładania politycznych przeciwników, ale gdy przychodzi co do czego, to nie są zainteresowani jej przestrzeganiem.

Czy wynik Rafała Trzaskowskiego – zdobył 10 mln głosów – wzmacnia Platformę, czy może się okazać siłą rozsadzającą tę formację?
W mojej ocenie ta partia znajduje się w fazie rozedrgania, to było widać nawet podczas pierwszego powyborczego posiedzenia Sejmu. Pan Trzaskowski osiągnął osobisty sukces, to nie podlega dyskusji, ale Platforma wybory przegrała. Czas rozliczeń na pewno się rozpocznie. Choćby Schetyna i jego stronnicy zaczną zadawać pytania: dlaczego nie wygraliśmy? Byliśmy blisko, ale mimo to się nie udało. Będzie wielki rozgardiasz.

Dla Prawa i Sprawiedliwości zapewne najkorzystniejszym scenariuszem byłoby istnienie pogrążającej się w chaosie, zatopionej we własnych sprawach Platformy.
Na wypadek upadku tej formacji jest już przygotowana alternatywa. Czeka w odwodzie. Nazywa się roboczo projekt Hołownia. Zaangażowano w niego znaczne środki i dużo pracy, nie sądzę, że tylko po to, by zaistniał w jednych wyborach.

Wspomniał Pan o tym, iż w operacji zablokowania majowego terminu wyborów świadomie bądź nie uczestniczyli politycy obozu rządzącego. Jak zatem dziś ocenia Pan trwałość większości parlamentarnej, mając w pamięci tamte dramatyczne chwile z końca kwietnia i pierwszych dni maja?
Gdyby prezydent Andrzej Duda przegrał wybory, byłbym sceptyczny co do możliwości utrzymania większości parlamentarnej do 2023 roku. Jednak po reelekcji optymistycznie patrzę na najbliższe trzy lata. Nawet jeśli komuś jakieś inne sojusze czy układy polityczne roiły się w głowie, to dziś musiałby całkowicie oderwać się od rzeczywistości, by uznać zmianę frontu za opłacalną i racjonalną. Zwycięstwo pana prezydenta pokazało, że Zjednoczona Prawica ma moc utrzymania władzy i perspektywę na kolejne zwycięstwa wyborcze. Oczywiście teraz musimy wszyscy skupić się na przeprowadzeniu polskiej gospodarki przez trwający cały czas kryzys związany z COVID-19. Ale jestem optymistą mimo tych różnych scenariuszy, którymi od kilku dni raczy opinię publiczną choćby „największy portal polskojęzyczny”, czyli Onet.

Mówi Pan o opisach walk w obozie władzy?
Czytam o sobie, iż jestem w jakiejś bandzie, której celem jest odsunięcie Mateusza Morawieckiego od władzy czy obalenie i przejęcie stanowiska premiera. Otóż te artykuły świadczą tylko o jednym – o tym, jaka jest determinacja w tej czy innej należącej do niemieckiego kapitału redakcji, by wywołać chaos w obozie Zjednoczonej Prawicy. Mam dla zaangażowanych w to mediów jeden prosty komunikat: próżne wasze nadzieje. Obóz Dobrej Zmiany ma się dobrze, ma charyzmatycznego lidera, prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który jest gwarantem naszej spójności.

Te same media piszą o tym, iż prezes Jarosław Kaczyński odchodzi na emeryturę.
Jestem u boku prezesa Jarosława Kaczyńskiego od lat 90. I od tego czasu regularnie słyszę o tym, że albo powinien udać się na emeryturę, albo że się na nią udaje. Tymczasem obóz polityczny kierowany przez pana Jarosława Kaczyńskiego właśnie wygrał kolejne wybory. Gdy kilka dni temu powiedziałem o tym, iż to zwycięstwo też jest sukcesem szefa Prawa i Sprawiedliwości, posypały się na mnie gromy za niedocenianie pana prezydenta. Otóż nie. Jest przecież oczywiste, że reelekcji nie byłoby bez politycznego talentu pana Andrzeja Dudy, jego doskonałej pierwszej kadencji, wielkiej pracowitości, zaangażowania, determinacji w byciu blisko ludzi podczas pięciu lat sprawowania najważniejszego urzędu w Polsce. Nie byłoby także bez głosów wyborców. Ich tytanicznej pracy na rzecz naszego kandydata. Ale jest także oczywiste, że kluczowe znaczenie miały strategia i geniusz polityczny Jarosława Kaczyńskiego. To on jest autorem długiego marszu naszej formacji do zwycięstw, które umożliwiły zdobycie prezydentury, utworzenie rządu i otworzyły drzwi do kolejnych sukcesów wyborczych.
Prawda jest bowiem taka, iż pan prezes Kaczyński jest najbardziej zaciekle i brutalnie atakowanym politykiem. Cały przemysł pogardy wymierzony jest przecież przede wszystkim w niego osobiście, pod jego domem odbywają się pokazy jakiegoś niewyobrażalnego chamstwa czy wręcz dziczy. Zastępy pożal się Boże celebrytów starają się go poniżyć i upokorzyć, jakieś bandy Szczurków czy innych typów próbują wręcz napadać. Drwi się z jego uczuć, wyszydzając śmierć pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku, a mimo wszystko, mimo tego niewyobrażalnego zła, które go spotyka, pan prezes Jarosław Kaczyński dzięki swej charyzmie, odwadze, wizjonerstwu skutecznie zmienia Polskę i prowadzi naszą formację od zwycięstwa do zwycięstwa. To ostatnie, dokonane w warunkach arcytrudnych – sojuszu wszystkich przeciwko naszemu kandydatowi – nie nastąpiłoby, gdyby nie poparcie Prawa i Sprawiedliwości dla pana prezydenta. Mimo swych licznych talentów bez wsparcia pana prezesa i naszej formacji pan Andrzej Duda nie zostałby prezydentem na kolejne pięć lat. Taka jest rzeczywistość. Ona ani nie umniejsza zasług pana prezydenta, ani go nie deprecjonuje, to jedynie opis stanu faktycznego.

Powiedział Pan, że media fałszywie wpisują Pana do frakcji w PiS, która działa na rzecz zmiany premiera. A czy zmiana szefa rządu jest w najbliższej perspektywie rozważana? 
Dopóki Mateusz Morawiecki ma poparcie kierownictwa partii – a je ma – nie ma mowy o zmianie na funkcji szefa rządu. Oczywiście w obozie Zjednoczonej Prawicy, jak w każdym innym, są różne frakcje, jednym jest bliżej do tego, drugim do tamtego, ale takie emocje nie mają wpływu na racjonalność naszych decyzji jako formacji politycznej. Pan premier Morawiecki jest jedną z tych osób, obok samego pana prezydenta Andrzeja Dudy i oczywiście prezesa Jarosława Kaczyńskiego, które bardzo wydatnie przyczyniły się do wywalczenia reelekcji. Był zaangażowany w kampanię wyborczą, sprawnie kieruje rządem, w mojej ocenie pomysły zakładające zmianę na stanowisku premiera byłyby skrajnie nieracjonalne i destabilizujące sytuację polityczną w Polsce.

Nikt nie myśli o tym, by pozbyć się Mateusza Morawieckiego?
Za długo jestem w polityce, by wierzyć, iż nie ma animozji. Są ambicje, czasami parcie na jakieś stanowiska – jednym słowem normalność w relacjach między ludźmi. Ale jest też nasz lider i jego ogromny autorytet. Jestem zupełnie spokojny o jedność naszego obozu, bo gdyby nawet kogoś zanadto poniosły własne ambicje, to zapewniam, iż zostanie sprowadzony na ziemię. Możemy zmieniać Polskę, gdy kierujemy się dobrem wspólnym, a nie sympatiami i swoimi planami. Ale proszę mi wierzyć, czarne scenariusze nie spędzają mi snu z powiek. Wprost przeciwnie.
Dział: 
Współpracownik: