Nie mogę o tym myśleć spokojnie

Na początku Vachon myślał, że to zwykły pożar. Potem zaczął pytać mieszkańców, napisał do Penny: „Wiem, że to nie był wypadek, ale nie wiem, kto to zrobił: bandyci? tajna policja?” – opowiada Sławomir Rybałtowski, kustosz prac fotografa Johna Vachona z jego podróży po Polsce w latach 1946, 1956 i 1963. Ze Sławomirem Rybałtowskim rozmawia Magdalena Łysiak


Jak trafił Pan na Vachona i jego zdjęcia?
Prowadzę wydawnictwo, które założyła moja teściowa. Na początku swego istnienia specjalizowało się ono w tematyce warszawskiej, dzięki czemu została zebrana pokaźna liczba archiwaliów dotyczących stolicy. Pewnego dnia szukałem ilustracji do jakiejś książki i w ręce wpadła mi duża fotografia przedstawiająca zniszczony Prudential. Wiedziałem, że zdjęcie zostało wykonane tuż po wojnie. Zaciekawiła mnie świetna jakość odbitki, obejrzałem ją dokładnie i z tyłu znalazłem podpis: John Vachon. Zacząłem przekopywać internet – zobaczyłem album z jego zdjęciami wydany przez nowojorski Smithsonian „Poland 1946” z wstępem córki Ann. Znalazłem w sieci maila do niej, napisałem, że jestem zainteresowany twórczością ojca, ona mi odpisała i tak się zaczęło.

Czy był Pan pierwszą osobą z Polski, która zwróciła się do Ann Vachon w sprawie tych zdjęć?
Tak. Okazało się, że Ann, która była tancerką i nauczycielką tańca nowoczesnego, przyjeżdżała kilka razy w sprawach zawodowych do naszego kraju i próbowała wówczas zainteresować fotografiami kogoś w ambasadzie amerykańskiej. Ale odbiła się od ściany i dała sobie spokój.

Jak John Vachon trafił do Polski?
W 1936 roku jako młody człowiek dostał pracę gońca w Farm Security Administration. W FSA fotograf Roy Stryker stworzył zespół do dokumentowania Nowego Ładu (New Deal) Roosevelta. Robiono zdjęcia farmerów, robotników, amerykańskich rodzin. Vachon je katalogował i któregoś dnia zgłosił, że chciałby też spróbować swych sił w fotografii. Dostał...
[pozostało do przeczytania 67% tekstu]
Dostęp do artykułów: