Spór o papieską emeryturę

Uwielbiam teologię Josepha Ratzingera, a także nauczanie Benedykta XVI. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że papież z Niemiec jest jednym z najpotężniejszych umysłów, nie tylko teologicznych, XX i XXI wieku. I właśnie dlatego kompletnie nie rozumiem zawartych w najnowszej biografii Petera Seewalda sugestii papieża-emeryta, jakoby mimo rezygnacji z urzędu zachował on jakiegoś rodzaju „duchowy mandat” papieski.

Gdyby się zgodzić na takie postrzeganie tej rezygnacji, to konieczne byłoby głębokie przedefiniowanie teologii urzędu papieskiego, a także związanych z nim zapisów prawnych. Tak się bowiem składa, że jak dotąd mamy jasną teologię i jasne prawo kanoniczne, zgodnie z którym zastępca Jezusa Chrystusa na ziemi i następca św. Piotra może być tylko jeden, a złożenie urzędu oznacza całkowitą rezygnację z wszelkich związanych z nim prerogatyw. Ujmując rzecz jeszcze bardziej wprost – rezygnujący z urzędu papież zachowuje wyłącznie status biskupa, nie jest nawet kardynałem. I choć Benedykt XVI zachował zarówno papieskie imię, jak i strój, to teologicznie i prawnie obejmują go te same zasady i normy, bo innych nie ma. Nie widać też teologicznych podstaw do uznania, że żyjemy w jakichś czasach „stanu wyjątkowego” w historii Kościoła, które miałyby usprawiedliwiać sytuację, w której mamy dwóch papieży (duchowego i zarządzającego). I dlatego obawiam się, że niestety wszystkie te delikatne sugestie płynące ze strony papieża-emeryta, jakoby zachowywał on jakieś elementy swojej władzy duchowej, są raczej dorabianiem pięknej teologii i głębokiej mistyki do dość zwyczajnej emerytury. Emerytury, która, dodajmy, przyspieszyła proces głębokiej reformy rozumienia urzędu papieskiego, a w wymiarze społecznym przyczyniła się do głębokiej laicyzacji postrzegania papieża i papiestwa.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: