Czy lewica znów zagra socjalnie?

Tegoroczne obchody 1 maja nie wypadły szczególnie okazale. Działacze parlamentarnej i pozaparlamentarnej lewicy składali kwiaty i solennie zapewniali, że pamiętają o wszystkim, o czym lewica winna pamiętać. Rzecz jasna, obchody Święta Pracy poważnie odchudziła także pandemia – stąd ich niemal ponury charakter w niepięknych okolicznościach przyrody. Ale chyba chodzi też o coś więcej. 

Od dobrych paru lat najważniejszym świętem lewicy w Polsce nie jest 1 maja, lecz rozciągnięty praktycznie na cały sezon wiosenno-letni czas marszów równości. Inauguracja to 8 marca, czyli Dzień Kobiet, z reguły obchodzony coraz bardziej w duchu LGBTQ+. To fenomen wyraźnie dostrzegany i w trakcie parad/marszów równości, i w mediach społecznościowych. Zmiana pokoleniowa na lewicy zrobiła swoje. Dobrze widać, gdzie są dziś najżywsze emocje młodszego pokolenia lewicy – wcale już nie wiążą się ze Świętem Pracy. Ono coraz bardziej – niestety – przypomina pewien skansen, imprezę dla miłośników socjalistycznego folkloru, która zdecydowanie przegrała i z tęczowymi świętami młodszej lewicy, i z patriotycznymi uroczystościami, które gromadzą zdecydowaną większość Polek i Polaków.  

Gadaniną Millera nikt się nie najadł
Od 1 maja minęły już niemal dwa tygodnie, wystarczy zatem jeszcze jedna drobna, acz istotna wzmianka o tym dniu. W złotych latach postkomunistów to święto miało jeszcze pewien ciężar polityczny. Choć na co dzień politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej gustowali zdecydowanie bardziej w liberalizmie á la III Rzeczypospolita, to jednak 1 maja był dla nich trochę jak wyrzut sumienia. A trochę  jako święto obchodzone z przyzwyczajenia – wraz z satelickim związkiem zawodowym, czyli OPZZ. Gdy postkomuniści zaczęli wypadać z gry, Święto Pracy przestało być nawet namiastką ludowego festynu, czymś dla mas. Straciły nim także zainteresowanie opiniotwórcze media. A gdy zaczął rządzić PiS i dzięki polityce 500 plus, wzrostowi...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: