Święty z sąsiedztwa

Nie miałem szczęścia spotkać kardynała Stefana Wyszyńskiego osobiście, mimo że jeden z jego domów, zajmowany przez siostry Ósemki, znajdował się w pobliżu, a moje dzieci chodziły tam do przedszkola, tyle że już po śmierci Prymasa Tysiąclecia. Zajmowałem też jego pokój w szpitalu na Banacha i uczestniczyłem, podobnie jak miliony Polaków, w jego pogrzebie. 

Jednocześnie był kimś ważnym w moim życiu – drogowskazem, dowodem trwania i nadziei. I słusznie w biografii nazywa go Czesław Ryszka Ojcem Ojczyzny. Był kimś więcej, był interrexem w czasie długiego bezkrólewia, nazywanego PRL-em. Przypadło mu prowadzenie polskiej owczarni w okresie najtrudniejszym. Kiedy obejmował urząd prymasa, wiadomo było, że komunistyczna okupacja trwać będzie długo. Kiedy odchodził, reżim trzeszczał w szwach, poza tym pojawił się jeszcze większy „władca naszych sumień, na wychodźstwie” – papież Jan Paweł II. U początków posługi prymasa Wyszyńskiego wielu mogło się wydawać, że młody biskup okaże się uległy wobec reżimu. Nic bardziej mylnego. Nie złamały go szykany i represje, wyszedł wzmocniony, a jego inicjatywy, zawierzenie Maryi, peregrynacja jasnogórskiego obrazu, obchody Milenium, wreszcie list do biskupów niemieckich wprawdzie powodowały wściekłość jego wrogów, ale równocześnie budziły respekt. Bardzo brakowało jego głosu w czasie stanu wojennego. Jego proces beatyfikacyjny trwa długo, a i rychłe wyniesienie na ołtarze zyskało dodatkowe utrudnienie w postaci pandemii. Ale wytrwałość jest jedną z tych szczególnych cnót charakteryzujących sługę Bożego Stefana Wyszyńskiego. Potrafił czekać. Razem ze swoim narodem.

Czesław Ryszka
„Prymas Wyszyński”
Biały Kruk, Kraków 2020
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: