Swoi atakują Kidawę

Pierwszy symptom ataku, na który zwrócę uwagę, może się wydawać wydumany, nawet śmieszny, ale dla mnie jest śmiertelnie poważny. Otóż nikt o Kidawie-Błońskiej nie mówi „Małgosia” albo „nasza Gośka”. Rzecz niespotykana w „lepszym towarzychu”, oni tam wszyscy są „Jurkami”, „Kubami”, „Radkami”, „Sławkami”, bez względu na to, ile mają lat. 

Takie infantylne zmiękczanie imion jest znakiem rozpoznawczym znanych i lubianych. Przypomnę, że Komorowski też był „Bronkiem”, a Michnik, przeżywający drugą falę nieoczekiwanej popularności, nosił dumne zdrobnienie „Adaś”. Z Małgosią tak nie jest i warto się zastanowić, dlaczego została pominięta. Nie nadaje się Kidawa-Błońska na Małgosię, bo jest wyjątkowo sztywna, sztuczna i nudna. Zaszczytu zdrobnienia dostępują zabawni, wyluzowani, no i koniecznie „szołmeni”. Kidawa-Błońska nie spełnia żadnych wymogów i na dodatek w czasie wieców krzyczą na nią: Kidawa!, taka zwykła Kidawa, bez szlachetnych dwojga nazwisk. No ale to jest pierwszy symptom i być może moja fanaberia. Gorzej dla Kidawy-Błońskiej, że istnieją inne konkretne ataki. Dominika Wielowieyska w przypływie szczerości, ale też beznadziei, pozwoliła sobie na surową ocenę kandydatki PO. Nieprzygotowana, kiepsko sobie radzi – tak brzmiał werdykt Wielowieyskiej. W tym samym czasie salonowy dziennikarz Konrad Piasecki, nomen omen popularny „Kondzio”, bez litości obnażył ignorancję Kidawy-Błońskiej i rozmawiał z nią niemal tak, jakby rozmawiał ze znienawidzoną Krystyną Pawłowicz. Co się dzieje? Nie zbuduję piętrowej hipotezy, nie podeprę się oryginalną interpretacją, moja odpowiedź jest prosta. Kidawa-Błońska jest tak słaba, że wywołuje u swoich zwolenników depresję połączoną z frustracją. Tyle i tylko tyle.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: