O złudnym poczuciu bezpieczeństwa 

Kiedyś zupełnie naturalne było przechowywanie zapasów na „czarną godzinę”, a dobrze zaopatrzona spiżarnia stanowiła ważną część każdego domostwa. Obecnie cywilizacyjne ułatwienia, sklepy pełne produktów i dostawy z internetu uśpiły podstawowe instynkty mieszkańców wielkich miast. Jesteśmy nieprzygotowani na katastrofy i klęski żywiołowe. Czy ma to znaczenie wobec zagrożenia wirusem SARS-CoV-2?

O tym, że nie należy wyśmiewać ludzi określających się mianem „preppers” (nazwa  pochodzi od angielskiego „to be prepared”, czyli „być przygotowanym”), przekonałem się w 2012 roku, gdy byłem z żoną w Nowym Jorku akurat wtedy, gdy na miasto runął huragan Sandy. Zawsze jest tak, że dopiero doświadczenie czegoś na własnej skórze, trudności, z jakimi zetknie się człowiek zanurzony do tej pory w poczuciu bezpieczeństwa fundowanego przez cyfrowo-bajkową cywilizację, uczą więcej niż jakiekolwiek ostrzeżenia i uwagi tych „dobrze radzących”. Dla mnie smagnięcie oddechem Sandy było czynnikiem zmieniającym podejście do tego, jak powinienem funkcjonować jako człowiek odpowiedzialnie zabezpieczający życie i zdrowie swojej rodziny. I to mimo że nie mieszkam, jak wielu Amerykanów, w miejscu narażonym na spektakularne klęski żywiołowe. 

Pusty Broadway
Był koniec października 2012 roku. Metropolia szykowała się na nadejście zapowiadanego huraganu: właściciele sklepów i restauracji zabijali dyktami przeszklone witryny, zabezpieczano nabrzeże i wejścia do metra workami z piaskiem. Zapowiadano, że do miasta może się wedrzeć nawet wielometrowa fala, zalewając budynki aż do piątego piętra. Na stacjach metra pojawiły się szczury, które uciekały, nie zważając na kłębiących się podróżnych. Dzień przed uderzeniem huraganu poszedłem do najbliższego marketu zrobić zakupy – ot, Polak pamiętający trudne czasy stanu wojennego i nauczony do szykowania się na najgorsze. Jako jedyny ładowałem do wózka zgrzewki wody, konserwy, baterie, świeczki,...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: