Meteor

Im człowiek robi się starszy, tym chętniej sięga do wspomnień. Kiedy z opóźnieniem trafiłem na książkę Henryka Wańka „Szalone życie Macieja Z.”, natychmiast oddałem się lekturze, pragnąc znaleźć odpowiedzi na pytania, na które czekałem przez lata. 

Doskonale znałem Macieja Zembatego, a przecież 9 lat po jego śmierci nadal pozostaje on dla mnie człowiekiem zagadką. Dlaczego osoba z takim potencjałem osiągnęła jedynie cząstkę tego, co mogła osiągnąć? Kiedy poszedłem na uniwersytet, starszy zaledwie o trzy lata Maciej był już Postacią. Cytaty z jego piosenek, w rodzaju „a uszy miał ogromne, muskularne” z dnia na dzień stawały się kultowe. A piosenka do muzyki Chopina złamała wszelkie kanony obyczajowe popkultury. W finale Opola 1971 bisowano ją wielokrotnie, a Zembaty trafił do ligi gwiazd. Był bezkonkurencyjnym na naszym gruncie mistrzem czarnego humoru, napisał dla Krafftówny „Immogenę”, a dla Jodłowskiej „W prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem”, stworzył kabaret „Dreszczowisko”, ale gatunek ten szybko porzucił. Czy uznał go za wyeksploatowany? Praca Wańka nie dostarcza jednoznacznej odpowiedzi może dlatego, że jest garścią anegdot pozbawionych kośćca chronologicznego, impresją, która mówi więcej o nastrojach niż o faktach. Ale potwierdza i moje odczucia. Maciej nie był stały ani w zainteresowaniach, ani w związkach uczuciowych, może poza spółką autorską z Jackiem Janczarskim, tworzącą rodzinę Poszepszyńskich. Fascynowała go Azja, ale bardziej od buddyzmu grzybki halucynogenne. Zorganizował Zakazane Piosenki w Oliwii, koniecznie chciał być internowany, jednak na ogół dobrze żył z władzą. Z opozycją zresztą też. „Niewiele zostawił, piosenki, tłumaczenia Cohena, trochę prozy, słuchowisk radiowych, serial >>Siedem Życzeń<<”... Za mało w stosunku do talentu! Choć tak właśnie było w PRL-u. Artyści szybko rozbłyskali jak gwiazdy, kończyli jak meteory.
Henryk Waniek „Szalone życie Macieja Z.” Iskry Warszawa 2018
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: