ILUZJA

Przemysł motoryzacyjny ma w sobie coś z iluzji. Kiedyś patrząc na pokaz najsłynniejszego polskiego magika Maćka Pola pomyślałem sobie, że tego typu spektakle lubimy dlatego, że łudzimy się, iż to prawdziwe czary. Chcemy wierzyć, że kobieta naprawdę jest przecinana na pół, a potem składana do kupy. Tę naszą nieco naiwną wiarę wykorzystują także producenci samochodów. Łudzimy się, że na przykład ogrzewanie foteli będzie działało tak samo w każdym samochodzie. A tymczasem to nieprawda. 

Jedne modele mają ogrzewane jedynie siedziska, a oparcia już nie. Inne mają jedynie ogrzewanie zero-jedynkowe. To znaczy albo jest zimno, albo parzy. Lecz w katalogach te gorsze i lepsze rozwiązania nazywa się ogrzewanymi fotelami. Podobnie jest z wyświetlaczem znanym jako head up display. W niektórych markach prędkość, wskazówki nawigacji czy inne przydatne informacje wyświetlane są bezpośrednio na szybie. Wygląda to zjawiskowo. Tymczasem tańsze modele mają przeźroczystą plastikową szybkę wysuwaną z deski rozdzielczej. To także określane jest mianem wyświetlacza przeziernego. Różnica klas jest mniej więcej taka jak różnica skali głosu Zenka Martyniuka i Placido Domingo. Chcę przez to powiedzieć, że nie wszystko to, co nazywa się tak samo, jest tym samym. Dziś powszechnie uważa się, że hybrydy są w stanie zadowolić się kroplą paliwa. Przeglądając dane fabryczne, niekiedy widzimy średnie spalanie na poziomie 1,8–2,4 litra na 100 kilometrów. To także iluzja kreowana przez firmy motoryzacyjne. Takie wartości możliwe są do osiągnięcia, jeśli jeździmy hybrydą typu PHEV (plug-in hybrid electric vehicle), czyli taką, którą możemy ładować z domowego gniazdka. Wtedy, z pełną baterią, przez kilkadziesiąt kilometrów samochód zużywa jedynie prąd, a dopiero potem uruchamia jednostkę spalinową. Jednak gdy nie doładujemy auta, przez kolejne kilometry samochód będzie zachowywał się już jak hybryda typu HEV (hybrid electric vehicle), czyli spalanie znacznie wzrośnie. W tego...
[pozostało do przeczytania 57% tekstu]
Dostęp do artykułów: