Chłopcy z ferajny. Wersja krakowska

„Miasto noży”, krakowska powieść Wojciecha Muchy, choć momentami chropowata, to świetny materiał na scenariusz kryminalny. Do serialu, w którym nasze lata 90. by ożyły, ukrwiły się wspomnieniami godnymi przestępczych ulic Ameryki w filmach z Alem Pacino i Robertem De Niro. 

Jak dobrze znacie Kraków? Często tam bywacie? Kiedy poznaliście to miasto? A jeśli żyjecie tam od dekad, to czy spędzacie czas między uczelniami, teatrami, kawiarniami na Rynku i starym domem na Salwatorze? Jeśli jesteście turystami, raczej nie byliście na osiedlu Złota Jesień, na blokowiskach na Azorach, Kurdwanowie, Woli Duchackiej. Nie kupowaliście papierosów z przemytu pod targowiskiem na Tomexie i nie grzebaliście w starzyźnie przy Hali Targowej na Grzegórzeckiej. Pewnie coś wiecie o kibicowskim światku Krakowa, ale nie tak dużo jak Wojciech Mucha, dawny gniazdowy Cracovii, który pieczołowicie zrekonstruował w swojej książce rzeczywistość, jaka za nic nie da się pogodzić z pocztówkowo-kremówkowo-nobliwym obrazkiem z folderu dla mniej pijanych turystów odwiedzających gród Kraka.

Kraków szkodzi na serce
A jeśli nawet byliście w Nowej Hucie, to pewnie szybko, przejazdem, w ramach turystycznej atrakcji. I nie pamiętacie Kazimierza jeszcze z końca XX wieku, z niewielką ilością knajp otwartych w nocy, z „Singerem” przy Estery pełnym studentów, artystów i niebieskich ptaków, których sercom większych szkód niż wódka wyrządziła śmierć Piotra Skrzyneckiego, guru Piwnicy pod Baranami. Choć może to nieprawda, może jednak bardziej sponiewierała ich czysta, pita na trasie od kawiarni „Vis-à-vis”, czyli położonego na Rynku Głównym „Zwisu”, do dyskoteki Wolność FM na placu Inwalidów. Może ich sercom bardziej niż poetycko-muzyczne sentymenty zaszkodził jednak smog i stresy życia w inteligencko-mieszczańskim „Krakówku”, w którym niemal wszystko jest po znajomości, na czele z lepszą pracą i prestiżem.  
Kibicowsko-przestępczy świat...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: