Nieszczerze. Tusk, ulica, zagranica

Sobota wieczór, koniec grudnia, przeglądam zdjęcia Polskiej Agencji Prasowej z opozycyjnych protestów przeciwko nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych i Sądzie Najwyższym. Na kilku fotografiach starsze kobiety wznoszą w rękach „Szczerze”, książkę Donalda Tuska reklamowaną jako dziennik.

Typowa scenka z ulicznych manifestacji Komitetu Obrony Plutokracji – bojowe miny, marsowe czoła, dyskretne ironiczne uśmiechy, drogie ciuchy, solidaryca na niebiesko-żółtym tle unijnych flag, nastrój fiesty, choć podszyty martyrologią kolejnych politycznych porażek.
 
Polska wymknęła mu się z rąk
Niezły tłumek, przyznajmy, który chce udawać coś więcej – morze ludzkich głów. I czasem lubi stroić się w szaty pierwszej Solidarności, choć jest niemal wyłącznie komitetem do spraw obrony interesów establishmentu III RP. Ale w krzywym zwierciadle własnej samoświadomości, wzmocnionym reflektorami liberalnych mediów, jawi się sam sobie jako szczera demokratyczna siła. A do tego Tusk z twardej okładki, z twarzą ni to zafrasowaną, ni to rozczarowaną, że Polska wymknęła mu się z rąk. Tusk uszczęśliwiony, że „ulica i zagranica” wciąż walczą z demokratycznie wygranym rządem PiS. To wszystko świetnie się ze sobą komponuje – w swojej społecznej, politycznej, wyobrażeniowej nieszczerości.
Z zawartością „Szczerze” rozprawił się w świątecznym numerze „Gazety Polskiej” Witold Gadowski, wskazując na mało odkrywczy ton dzienników, choć były przewodniczący Rady Europejskiej niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że będzie to pod każdym względem rewelacja. Ale tego typu zapiski czy to prominentnego polityka, czy artysty lub wojskowego, jeśli rzeczywiście nie odleżą tych kilkudziesięciu lat po śmierci autora, nie mogą być dziennikami w ścisłym znaczeniu tego słowa. I nie będą zbyt wartościowe. Z prostej przyczyny: nie mogą dać czytelnikowi tego, co obiecują. Są robione nie dla potomności, ale po to, by skupić uwagę popleczników i by...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: