Pycha zaczęła kroczyć

Długo się zastanawiałem, jakich słów użyć, aby wyrazić swoje zdziwienie po wielodniowym marudzeniu na wynik wyborów, i nie znalazłem odpowiednich słów. Sięgnę zatem do bardziej rozbudowanej argumentacji, aby wyjaśnić malkontentom, z jakim cudem nad urną mamy do czynienia. PiS wygrał drugą kadencję w Sejmie, powiększając przewagę procentową do rekordowych 43,6 proc. i liczbę wyborców do ośmiu milionów.

Cofnijmy się do 2011 roku, gdy PiS drugi raz przegrał z PO. Czym pocieszyć przegranych? Nie martwcie się Kochani, za cztery lata wygramy wybory prezydenckie i parlamentarne, a za osiem będzie nas popierać ponad osiem milionów Polaków. Każdego, kto zdecydowałby się na taką formę pocieszenia, uznano by za wariata, a co najmniej za człowieka niepoważnego, który nie ma bladego pojęcia o polityce. Dziś sytuacja się odwróciła i wcześniejsze pobożne życzenia stały się realiami, ale zamiast euforii i skakania pod sufit wyborcy PiS grzeszą pychą i czują „głębokie rozczarowanie”. Na tę cudaczną reakcję zwycięzców nałożyły się jeszcze dziwniejsze analizy z cyklu „dlaczego nie udało się zdobyć więcej”. Więcej, to znaczy ile? Bo w całym demokratycznym świecie blisko 44 proc. poparcia to jest wynik poza zasięgiem jakiejkolwiek partii. Odosobniony przypadek Węgier, gdzie znajdziemy praktycznie jedno duże miasto i jest nim Budapeszt, ma się nijak do Polski, gdzie dużych miast jest kilkanaście. Wszędzie elektorat wielkomiejski jest „postępowy” i tego ani PiS, ani żadna partia konserwatywna nie zmieni. Owszem, jeden, dwa procenty do tego genialnego wyniku można było przy lepszych wiatrach dorzucić, ale ględzenie o 55 proc. w polskich i pozostałych demokratycznych warunkach to jest sianie defetyzmu, a nie motywowanie elektoratu.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: