Dobrowol – wielki artysta na małej scence

Cudem ocalone

Nikt nie zadbał, aby utrwalić dwa bodaj najważniejsze kabarety PRL-u, Konia i Owcę. Najlepszą audycję satyryczną Polskiego Radia – „Radiokronikę Decybel” – skasowano na polecenie tandemu Ziegler–Zarębina, rządzącego w drugiej połowie lat 70. Programem Trzecim. W archiwum zachowały się przez niedopatrzenie dwa odcinki niewykryte jako część większej całości.

W dodatku Jerzy Dobrowolski nigdy nie miał parcia na szkło, był programowym antycelebrytą, toteż nie ma z nim wywiadów – ani Ireny Dziedzic, ani Magdy Umer, tak chętnie gawędzących z innymi wielkim postaciami polskiej rozrywki (choć nie z Pietrzakiem!).

A to, co zostało, jest anonimowe – jak powiedzonko „Dla mnie bomba” czy mnóstwo innych, eksploatowanych (podejrzewam, że za zgodą Jurka) przez Marię Czubaszek, której „cały niepowtarzalny styl” jest przecież kalką twórczości Dobrowolskiego i Anatola Potemkowskiego, tyle że w formie wydmuszki – barwnie pomalowanej skorupki bez treści.

Pisałem już kiedyś o szoku, jaki przeżyłem na jednej z masowych imprez lat 80., zrealizowanej na stadionie dla spędzonej tam, zresztą nielicznej, frekwencji. Pamiętam Jurka, przecinek pośrodku murawy, mówiącego kongenialny monolog o fujarce, bez najmniejszych reakcji, bez braw, które oczywiście jako aktor wytrawny mógłby wymusić, gdyby chciał, tanim grepsem, ale było to poniżej jego godności. Oglądałem więc samojeden występ Mistrza (oprócz mnie uwagę na niego zwracał jedynie pies ujadający na skraju boiska), niczym wzruszający remake „Świateł rampy” Chaplina, próbując zrozumieć, dlaczego nikt go nie słucha? Dziś to dla mnie oczywiste. Dla przypadkowych widzów był nikim. Gdy w tej samej imprezie pojawiły się gwiazdy Teleexpressu z Wojtkiem Reszczyńskim na czele, powitał je grzmot oklasków, mimo że w sensie estradowym sympatyczni prezenterzy nie mieli nic do powiedzenia, ale przecież były to „małpy wypuszczone z wiwarium na świeże powietrze”.

Dla...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: