Symetryści spod ciemnej gwiazdy...

Jesteście Państwo w sto razy lepszej sytuacji niż ja, nieborak. Piszę te słowa 69 godzin przed ogłoszeniem wyników wyborów, a więc mniej więcej o północy z czwartku na piątek. Zatem Wy wiecie, kto wygrał, a ja tylko przeczuwam. Albo „aż” przeczuwam.

W tej kampanii zasuwałem na full. Tak jakbym w niej sam startował. To samo było wiosną, w kampanii europejskiej. Dwie kampanie w ciągu paru miesięcy oznaczają w praktyce próby redukcji snu do minimum. Dla przykładu, tydzień przed wyborami, z piątku na sobotę, spałem 1,5 godziny. Z soboty na niedzielę godzinę z czymś, ale z niedzieli na poniedziałek pozwoliłem sobie na luksus już paru godzin snu. Tyle mojego, co dodrzemałem w samochodzie, pokonując w sumie tysiące i tysiące kilometrów. Uwaga: drzemałem w aucie, ale nie za kierownicą…

Według amerykańskiego powiedzenia kampania zaczyna się tak naprawdę następnego dnia po wyborach. Cóż, to prawda. Jak kto sobie pościele w polityce przez cztery lata, tak się na końcu wyśpi. Choć żeby się w końcu wyspać, to w kampanii raczej trzeba się nastawić na brak snu, przemieszanym z totalnym brakiem snu. Pewien minister konstytucyjny dziękował mi ostatnio, że po objęciu przez niego stanowiska doradziłem mu, żeby jak najwięcej bywał w mediach, bo to w praktyce oznacza już kampanię o reelekcję. Po wielu miesiącach przyznał mi rację i okazał coś na kształt wdzięczności. W ogóle to występuję jako Wujek Dobra Rada, Starszy Pan, który jest w polityce długo, a w związku z tym może tych młodszych wspierać doświadczeniem. Pewna dama, będąca formalnie jedną z najważniejszych osób w kraju, zapytała mnie przed czterema laty, tuż po objęciu swojego urzędu: „Komu mogę ufać?”. Patrzyłem na nią. Pomilczałem. I zanim zdążyłem się odezwać, usłyszałem: „Tylko nie mów, że nikomu…”.  „Właśnie to chciałem powiedzieć” – odrzekłem.

Podczas wyborów w Warszawie, owszem, moje banery i plakaty były niszczone w jakiejś mierze przez sympatyków PO, ale przede...
[pozostało do przeczytania 30% tekstu]
Dostęp do artykułów: