Niemcy się kończą

Możliwość pogodzenia macierzyństwa z życiem zawodowym i karierą stanowi – zwłaszcza dla potencjalnych matek – problem kluczowy, szkoda tylko, że z pomysłu tego uczyniono gadżet kolejnych rządów, przy którym wciąż coś się majstruje. W tym względzie naprawdę nie ma znaczenia, czy resort odpowiedzialny za kwestie społeczne firmuje swoim nazwiskiem Angela Merkel, czy jej poprzednik Gerhard Schroeder. Dla klasy średniej w Niemczech decyzja o posiadaniu dzieci jest (poza chlubnymi wyjątkami) coraz częściej spychana w niebyt. Klasyczna rodzina z matką, ojcem i dziećmi, która tradycyjnie jest nastawiona na długoletnie bycie ze sobą i dla siebie, zanika.

To jedna z głównych przyczyn alarmująco niskich wskaźników urodzeń. Ale nie tylko tego. Na skutek zaniku pewnej stabilności społeczeństwo zakopało się w kompilacji snu wiecznego studenta i bywalca kozetek u psychoanalityków.

To jasne, że edukacja jest człowiekowi potrzebna, ale jeżeli zdobycie wykształcenia staje się celem samym w sobie i nie przynosi pożytku, a ciągłe przesiadywanie u psychoterapeutów jeszcze mocniej pogrąża w chorobie i nicości, to społeczeństwo miotane raz egoizmem, raz egocentryzmem w końcu musi się wykoleić.

Państwo niemieckie nie skąpi środków ani starań, by stworzyć warunki przyjazne do rodzenia i wychowywania dzieci. Te wszystkie inwestycje w przedszkola i żłobki przypominają jednak nalewanie wody do beczki bez dna, wszystko na próżno. Dopóki mamy w Niemczech tak wielu singli niezakładających i niemających zamiaru założyć rodziny, dopóty wskaźnik urodzin nie ruszy się ani o jedno dziecko. Mało tego – będzie się cofał.

Gdyby chociaż rząd miał świadomość, że jego działania są kontrproduktywne, to można by zacząć badania, dzięki którym dowiedzielibyśmy się, dlaczego ludzie nie mają lub nie chcą mieć potomstwa. Niestety, widoki na złożenie samokrytyki zarówno przez speców od polityki rodzinnej na szczeblu federalnym, jak i poszczególnych landów są nikłe....
[pozostało do przeczytania 17% tekstu]
Dostęp do artykułów: