Kaskaderka Tarantino bez udziału dublera

Mięsisty rollercoaster i aptekarska precyzja w prowadzeniu historii w sprytnej opowieści o meandrach show biznesu. Wszystko to, mimo ciężkiego kalibru przekazu, podane z gracją i lekkością. Słowem Quentin Tarantino w świetnej formie. Proszę Państwa, chyba właśnie „Pulp fiction” przestaje być najlepszą produkcją Tarantino.

Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) to aktor obsadzany w rolach czarnych charakterów. Na koniec swoich filmów jego bohater musi zawsze przegrać, bo przecież widz chce, by dobro zwyciężyło. Los bohaterów, w których się wciela, staje się spełniającą przepowiednią. Rick bojąc się końca kariery, postanawia desperacko ratować swoją pozycję w show biznesie. A jego nieodłączny kaskader Cliff Booth (Brad Pitt) uratuje mu skórę nie tylko na filmowym planie, lecz także w życiu (które też w tym przypadku jest oczywiście filmem). Tarantino rozprawia się ze swoim celebryckim środowiskiem, kpi z kompleksów gwiazd, wytyka miałkość, flirtuje z wszechobecną pychą. I karmi się porażkami swoich bohaterów, jednocześnie potrafiąc schlebiać aktorskim talentom, oddzielając w filmowym światku ziarna od plew. Tarantino zrobił film o filmie, do tego pokazując swojego aktora Ricka w różnych rolach. To niczym kinowa matrioszka. Niezliczona ilość filmowych planów i ról jednego aktora – genialnego Leonardo DiCaprio. I popisowe dzieło jednego z największych reżyserów wszech czasów, który z brawurą prowadzi opowieść do finału kompletnie oderwanego od rzeczywistości i faktów, wokół których zbudował początkowo fabułę filmu. Między innymi sięgając po historię Romana Polańskiego i Sharon Tate oraz jej morderców. I tak Tarantino pokazał, że w kinie wszystko mu wolno. 

„Pewnego razu… w Hollywood”
reż. Quentin Tarantino
USA, WIELKA BRYTANIA, 2019
Ocena 6/6
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: