Jak co roku we... Władysławowie. Trochę gwaru, trochę spokoju

Podróże [Polskie morze]

Nad polskim morzem nie byłem już kilka lat. Zazwyczaj w tak zwanym sezonie urlopowym miałem okazję zwiedzać inne kraje, a poza sezonem się nie liczy. W tym roku jednak szczęśliwy zbieg okoliczności rzucił mnie do Władysławowa i pozwolił nadrobić zaległości. Wobec powtarzających się narzekań miłośników „jarmużowego latte z kiełkami suszi” na „kupioną za pińcetplus hołotę” mogłem spodziewać się nad morzem tłumów dzikich, a nieokiełznanych. Wedle tej narracji wąsaci Janusze ze swymi Grażynami i liczną progeniturą ciasno obstawiają się parawanami na plaży, aby chłeptać ciepłe piwo i niewysportowanymi sylwetkami szpecić piękno okolicy, po czym wykłócają się o każdy grosz w obskurnych smażalniach (nie)świeżych ryb i wszczynają burdy na wieczornych dyskotekach. Wszystko to sprawia, że „młodzi
19%
pozostało do przeczytania: 81%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.gazetapolska.pl

W tym numerze