Jak co roku we... Władysławowie. Trochę gwaru, trochę spokoju

Dodano: 20/08/2019

Podróże [Polskie morze]

Nad polskim morzem nie byłem już kilka lat. Zazwyczaj w tak zwanym sezonie urlopowym miałem okazję zwiedzać inne kraje, a poza sezonem się nie liczy. W tym roku jednak szczęśliwy zbieg okoliczności rzucił mnie do Władysławowa i pozwolił nadrobić zaległości. Wobec powtarzających się narzekań miłośników „jarmużowego latte z kiełkami suszi” na „kupioną za pińcetplus hołotę” mogłem spodziewać się nad morzem tłumów dzikich, a nieokiełznanych. Wedle tej narracji wąsaci Janusze ze swymi Grażynami i liczną progeniturą ciasno obstawiają się parawanami na plaży, aby chłeptać ciepłe piwo i niewysportowanymi sylwetkami szpecić piękno okolicy, po czym wykłócają się o każdy grosz w obskurnych smażalniach (nie)świeżych ryb i wszczynają burdy na wieczornych dyskotekach. Wszystko to sprawia, że „młodzi, wykształceni i na pewnym poziomie” nie mogą spokojnie wypocząć, a miasto w sezonie przeżywa coś w rodzaju najazdu Hunów (czy może raczej Wikingów). Z radością spieszę zapewnić, że
     
24%
pozostało do przeczytania: 76%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze