Jak co roku we... Władysławowie. Trochę gwaru, trochę spokoju

Nad polskim morzem nie byłem już kilka lat. Zazwyczaj w tak zwanym sezonie urlopowym miałem okazję zwiedzać inne kraje, a poza sezonem się nie liczy. W tym roku jednak szczęśliwy zbieg okoliczności rzucił mnie do Władysławowa i pozwolił nadrobić zaległości. Wobec powtarzających się narzekań miłośników „jarmużowego latte z kiełkami suszi” na „kupioną za pińcetplus hołotę” mogłem spodziewać się nad morzem tłumów dzikich, a nieokiełznanych. Wedle tej narracji wąsaci Janusze ze swymi Grażynami i...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: