Półuśmiech z cienia

Pamiętam taką scenkę sprzed kilku lat. Przystanek tramwajowy przy NIK-u tonął w słońcu, a ja miałam akurat czarny okres w życiu i wracałam do domu, popłakując w garść. W takim stanie znalazł mnie Maciek – wówczas jeszcze oficjalnie: redaktor Parowski. I choć zapewne miał ciekawsze rzeczy do roboty, to przez pół godziny wycierał mi nos. A przez następne tygodnie dyskretnie pytał, czy już lepiej…

Mentor, autorytet, człowiek, który odchował niezliczone pokolenia autorów i fanów gatunku, wieloletni redaktor naczelny „Nowej Fantastyki”, krytyk literacki i filmowy, odznaczający się felietonista – o tym, ile Maciej Parowski wniósł do polskiej literatury fantasy, można by napisać osobną książkę. Myślę zresztą, że prędzej czy później się jej doczekamy. Jednak mimo że przed kolegiami redakcyjnymi i po nich wielokrotnie gawędziłam z nim o literaturze, wymieniając wrażenia z nowo pożartych lektur, to dla mnie Maciek był przede wszystkim Człowiekiem, takim przez duże C.
Niezwykle skromny, pracowity, obdarzony takim ciepłym poczuciem humoru, które zawsze rozjaśniało nawet najbardziej pochmurne dni, zazwyczaj pozostawał w cieniu, na drugim planie. Nie dlatego, że nie miał wystarczająco wielu zalet, by być gwiazdą pierwszego planu – wręcz przeciwnie! – ale dlatego, że chyba bardziej zależało mu na literaturze jako takiej niż na tym, by błyszczeć.
Choć był autorem o wielkim dorobku, miał do siebie niesamowity dystans. Któregoś razu podarował mi II tom „Małp Pana Boga” i stwierdził: „Przyniosłem ci książkę, to teraz nie masz wyjścia, będziesz musiała przeczytać,  nawet jak nie masz czasu”. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy zaproponował mi – ponad 14 lat młodszej, nieopierzonej dziennikarce – przejście na ty. I chociaż zazwyczaj takie rzeczy nie robią na mnie wrażenia, naprawdę czuję się zaszczycona, że mogłam do niego mówić: „Maciek”.
Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, obiecywaliśmy sobie, że spotkamy się w końcu w jakiejś knajpce, by...
[pozostało do przeczytania 10% tekstu]
Dostęp do artykułów: