Overlord

Mija równo lat 75 od lądowania aliantów w Normandii i rozpoczęcia operacji Overlord. Większości z nas wyobraźnia podsuwa od razu obrazy, które pamiętamy ze znakomitego filmu „Szeregowiec Ryan” – lądowanie na plażach Normandii to była prawdziwa jatka, gdyż Niemcy ze swych umocnionych pozycji na brzegu strzelali do Amerykanów jak na strzelnicy.

D-Day to był dzień pełen ofiar i najbardziej okrutnego wymiaru wojny w takim bezpośrednim rozumieniu. Tym lepiej, że „Szeregowiec Ryan” w zapierającej dech w piersiach produkcji dał nam możliwość „zobaczenia” tego, co się działo: żołnierzy ginących jeszcze w wodzie, rąk i nóg odcinanych odłamkami pocisków i krwi roszącej piach niczym rzęsisty deszcz. Te dni to jednak także dla nas, Polaków, czas wyjątkowego skupienia na ofiarach wojny – nasza myśl biegnie już ku Powstaniu Warszawskiemu. I myślę, z całym szacunkiem wobec takich ostatnich filmów, jak ten Jana Komasy, że ciągle jeszcze nie doczekaliśmy się dzieła, które w nowoczesny sposób zawładnęłoby naszą (a być może i światową) wyobraźnią. I to w taki zrównoważony, dobry z historycznego punktu widzenia sposób – gdzie byłoby miejsce i na heroizm, i na okrucieństwo niemieckie, i na rozterki dowódców, a także na jakąś refleksję dotyczącą sensu, przyczyn podejmowania decyzji i pokazania racji stojących za nimi. Tym bardziej że na przykład film Wajdy wpisywał się jednak w wyhodowany w PRL-u sposób patrzenia na Powstanie jako na zryw bohaterski, lecz od początku pozbawiony sensu i w efekcie żałosny w wymiarze. Na szczęście ciągle jest jeszcze czas przed nami! W końcu za pięć lat będziemy mieli 80. rocznicę Powstania. Tamto lato, rozpoczęte operacją Overlord, miało dla nas, poza walką w stolicy, jeszcze jedną perspektywę – był to wrześniowy udział naszych spadochroniarzy w bitwie pod Arnhem. I to także może być ciekawe wyzwanie dla twórców kultury, bo czyn chłopców Sosabowskiego powinniśmy opowiedzieć sobie i światu. Po swojemu.

 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: