BMW z NRD?

W podwarszawskich Markach, przy drodze prowadzącej do stolicy, na chodniku często stoi zaparkowany stary, zaniedbany, by nie rzec – zdezelowany Wartburg. Wielokrotnie przejeżdżając tamtędy, zastanawiałem się, czy samochód ten nie jest porzucony. Lecz któregoś dnia zobaczyłem starszą parę, która wsiada do tegoż wartburga, zapala silnik i odjeżdża. Przyznam, że to jedyny jeżdżący Wartburg, którego widziałem od ładnych paru lat. A ta sytuacja przypomniała mi się dlatego, że właśnie dziś (jeśli czytasz ten tekst 10 kwietnia, Drogi Czytelniku) mija 28 lat od zakończenia produkcji NRD-owskiej chluby motoryzacji. Mimo że to szmat czasu, wydaje mi się, że jeszcze niedawno na ulicach polskich miast było mnóstwo tych dwusuwów.

Doskonale pamiętam sąsiada, który codziennie rano przed blokiem, w którym mieszkałem, uruchamiał Wartburga 353 i przecierał mu reflektory, podczas gdy z rury wydechowej wydobywał się śmierdzący, niebieskawy dym. Pamiętam także, jak z kolegami siadaliśmy na ławce tyłem do ulicy i z zamkniętymi oczami zgadywaliśmy po odgłosach silnika, czy przejeżdża Syrena, Trabant czy właśnie Wartburg. Wszystkie trzy samochody były napędzane hałaśliwymi dwusuwami. Wreszcie pamiętam ostatnią modyfikację auta, czyli model 1.3, pod maską którego pracował silnik czterosuwowy z VW Golfa. To właśnie sprowadzając do Polski tę wersję Wartburga, pierwszy dorobił się wielkich pieniędzy jeden z najbogatszych dziś Polaków, Zygmunt Solorz-Żak. Wspominając ten samochód, należy zadać pytanie: czy Wartburg był udaną konstrukcją? No cóż, jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Dlatego w demoludach mógł być przedmiotem pożądania. Jednak obiektywnie rzecz biorąc, polski Fiat 125p, łada czy skoda były lepszymi samochodami. Niemieckie auto sklasyfikowałbym nieco ponad poziomem Syrenki. Bo nawet ostatnia wersja Wartburga to na dobrą sprawę rozwinięcie modelu DKW F89 z lat 50! Już wyjaśniam dlaczego. Wartburg 311 (pierwszy z serii), którego nazwa pochodzi od...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: