Chrztu nie da się zmyć

Apostazja jako duchowe samobójstwo

Ten lekki ton w ogóle nie współgra jednak z tym, czym według katolików jest akt apostazji. Szczególnie wierzący katolik nie może traktować go lekko. Jest to bowiem – i piszę to z pełną świadomością znaczenia tych słów – coś na kształt duchowego samobójstwa. Człowiek świadomie i dobrowolnie (warto tu sobie jednak uświadomić, że nie każda nasza decyzja jest w pełni świadoma czy dobrowolna) odstępuje od Chrystusa (tym bowiem jest odstąpienie od Kościoła, który jest Mistycznym Ciałem Chrystusa), skazując siebie na wieczne potępienie. Nie ma bowiem innej drogi zbawienia (także dla niewierzących czy innowierców) niż przez Wcielonego Boga w Kościele.

Te ostre słowa, o czym warto pamiętać, mają zakorzenienie nie tyle w jakiejś instytucjonalnej obronie stanu posiadania przez potężną instytucję, ale w słowach Jezusa Chrystusa. „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10, 32-33) – mówił Jezus do swoich uczniów. „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” (Mt 10, 40) – uzupełniał. Nad tymi słowami Kościół nie ma władzy, nie może z nich zrezygnować, nie może uznać się za jedną z wielu instytucji, do której można wstąpić, a potem wystąpić, bez żadnych konsekwencji. Jasne nauczanie Jezusa Chrystusa pokazuje, czym jest apostazja i jakie są jej skutki. Odmowa głoszenia tej prawdy byłaby zdradą Ewangelii, ale przede wszystkim niesprawiedliwością wobec wiernych, którym odmawiałoby się – w imię nienarażania się światu czy podbudowywania samozadowolenia – nauczania Kościoła.

Jeśli tak spojrzeć na apostazję, to trudno się dziwić, że Kościół nie chce ułatwiać tej procedury. Rolą kapłana nie jest bowiem wyprowadzanie ludzi z Kościoła, ułatwianie im zerwania z Chrystusem, ale...
[pozostało do przeczytania 65% tekstu]
Dostęp do artykułów: