Biedroń przekroczył Rubikoń

Jestem szczerze zawiedziony startem lub raczej falstartem nieistniejącej partii Roberta Biedronia, która w pierwszych opłaconych sondażach osiągała 8 proc. poparcia. Poważnie, czuję wielki zawód, bo każdy taki lewicowy wynalazek odbiera głosy POKO, co może się okazać kluczowe, jak w przypadku głosów na partię Razem, dzięki czemu lewicowa koalicja nie dostała się do sejmu.

Niestety Biedroń długo nie wytrzymał, choć początki były obiecujące. Nieistniejąca partia, do której jako pierwszy zapisał się Krzysztof Gawkowski, były wiceprzewodniczący SLD, ogłosiła bardzo osobliwy program wstępny. Przekaz składał się z dwóch członów: nowoczesność i wrażliwość lewicowa. Biedroń z Gawkowskim wymyślili sobie, że wśród ludu pracującego miast i wsi jest sporo wyborców żywo zainteresowanych krzewieniem „wartości europejskich” i „małżeństw jednopłciowych”, ale do tej pory okazywali sceptycyzm, bo krwiożerczy kapitalizm odbierał im skłonność do ideowej refleksji. Wystarczy zatem dać tej grupie 500+ na walkę o lepsze jutro i wszystko się potoczy nowym politycznym torem. Wiem, wiem, brzmi jak bełkot, i to kompletny, straszny bełkot, ale na tym dokładnie polega siła pomysłu Biedronia i na tym opierała się moja płonna nadzieja. Wyborcy POKO nie taki bełkot kupują i w ich stronę nie może płynąć inny „powiew świeżości”. No i prawie by się udało, gdyby nie kawiorowa natura lewicy III RP. Biedroń zamiast pojechać na Wigilię do Ciechocinka, Zakopane to już burżuazyjny snobizm, wybrał się na egzotyczną wycieczkę do Nikaragui. Co gorsza, pokazał swoją polityczną głupotę w Internecie i tym samym podpisał na siebie wyrok. Skojarzenia z Maderą Ryszarda Petru i innymi „Rubikoniami” przekreśliły projekt i moje marzenia.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: