Początek nowego rozdania

Gwałtowne demonstracje uliczne, które w ostatnich dniach wstrząsnęły Francją, nie doprowadzą do przesilenia. Są jednak przesłanką do stwierdzenia, że manewr establishmentu francuskiego i unijnego, ucieleśniony sukcesem wyborczym Emmanuela Macrona, dobiega końca.

A był to manewr, którego nie da się powtórzyć – to znaczy nie da się uwieść opinii publicznej kolejnym produktem wyborczego piaru, kryzys polityczny będzie się pogłębiał i jego następne wydanie zaobserwujemy zapewne wiosną – przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Będą one we Francji rodzajem plebiscytu za czy przeciw obecnemu prezydentowi, którego nie ma on szansy wygrać. To zaś oznacza, że model integracji europejskiej promowany przez Macrona nie powstanie. Niemiecko-francuski motor integracji traci moc.

Specyfika obecnych demonstracji
Francuzi lubią demonstrować. Partie polityczne i związki zawodowe potrafią wyprowadzić na ulice francuskich miast kilkusettysięczne demonstracje. Na ich tle te obecne nie imponują liczbą uczestników. Kilka tysięcy w Paryżu, około 100 tys. w całym kraju to mało jak na obyczaje polityczne znad Sekwany. Bywają też we Francji gwałtowniejsze zamieszki, jak choćby te z lata bieżącego roku w Nantes. Wstrząsają one okresowo przedmieściami francuskich miast i mają charakter rebelii imigrantów i/lub islamistów. To zatem, co stanowi o specyfice obecnych wydarzeń, to fakt, że uczestnikami demonstracji i starć z policją nie są przede wszystkim imigranci. Dominują w nich rdzenni Francuzi. Odmienne też niż we wcześniejszych, bardziej masowych manifestacjach jest to, że tym razem demonstranci nie są zorganizowani ani kierowani przez żadne partie ani centrale związkowe. Próba przypisania odpowiedzialności za zamieszki Frontowi Narodowemu Marine Le Pen jest jedynie zabiegiem propagandowym rządu, usiłującego przy tej okazji pognębić swego politycznego przeciwnika, wskazując go jako winnego ulicznych zajść z użyciem...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: