Granica akademickiej śmiałości

Ostatnimi dniami pewien rozgłos uzyskało wystąpienie prof. Ewy Nawrockiej na konferencji, która odbyła się w kwietniu br. na Uniwersytecie Gdańskim. Cóż takiego pani profesor powiedziała, że nieco poruszone zostało znudzone środowisko akademickie? Nie powiedziała nic nowego ani odkrywczego. Publicznie sformułowała diagnozę o podłej kondycji naszego szkolnictwa wyższego.

Kluczowe jest owo „publicznie”, bo podobne diagnozy tej kondycji można usłyszeć często – ale prawie zawsze w węższym gronie i w trybie nieformalnym. Cóż takiego powiedziała pani profesor, iż jej słowa niektórych ożywiły? Zacytujmy za portalem Wpolityce.pl.

Po pierwsze: „Jest źle, bardzo źle. Z polonistyką, z humanistyką, z nauką, z uniwersytetami, z kondycją duchową społeczeństwa. (…) Będzie jeszcze gorzej. Wszystko toczy się po równi pochyłej. Jesteśmy obolali, oburzeni”.

Po drugie: „Co z tego wynika? Nic. Wielkie, piramidalne, obezwładniające nic”.

Po trzecie: „Ta sytuacja mówi coś o nas samych. (…) Nie warto, na pewno się nie uda, żadne działanie i gadanie nie mają sensu. Nic od nas nie zależy, jakoś to będzie, jakoś się ułoży, najlepiej bez naszego udziału. Może jest jeszcze gorzej. Obezwładniający konformizm czy wręcz zwykłe tchórzostwo, lęk przed wychyleniem się, odsłonięciem, narażeniem się, każdy ma coś do stracenia”.

Pani profesor przywołuje liczne przykłady powszechnie w środowisku akademickich znanych patologii: ocenianie, promowanie lub blokowanie awansu badaczy według kryteriów pozamerytorycznych; ustawione, fikcyjne konkursy na etaty; trzymanie latami na uczelniach kompletnie bezużytecznych wykładowców; profesorowie piszący książki, których nie czytają nawet ich studenci; studenci udający, że studiują i wykładowcy udający, że uczą; powszechne obniżanie standardów maskowane dzięki hurtowemu tworzeniu sprawozdawczych fikcji. Itd. A wszystko za wiedzą i powszechnym przyzwoleniem naszego akademickiego środowiska.

...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: