Wszystko jest po coś… Biała pustka Salar de Uyuni

Zachodnia Boliwia. Gigantyczna przestrzeń białej nicości. Salar de Uyuni bez cienia wątpliwości zasługuje na miano jeśli nie najbardziej pięknego, to na pewno najbardziej fascynującego skrawka naszej planety.


„To się nie ma prawa dziać naprawdę. To niemożliwe...” – powtarzam w myślach, stojąc oniemiały.
– Niesamowite, prawda? – głos koleżanki z tylnego siedzenia naszego jeepa przekonuje mnie, że chyba nie tylko ja przeżywam to w taki sposób.
– Wręcz nieziemsko! – tym razem drę się w wniebogłosy. Co się będę przejmował! W końcu do najbliższej cywilizacji jest dobre 50 kilometrów.

Momentalnie zapominam o tych paru chwilach grozy, które dane nam było przeżywać jeszcze jakiś czas temu. Podejrzewam, że akurat wówczas minę musiałem mieć nie za tęgą. Jak to wyglądało? Oto ucieczka przed gigantyczną, smolisto-czarną, sięgającą po horyzont chmurą burzową kończy się fiaskiem. O terenówkę coraz częściej zaczynają uderzać krople. Momentalnie całość przeistacza się w głośny szum. Nasz odważny kierowca nic sobie z tego nie robiąc, z impetem wjeżdża w głęboką koleinę wypełnioną brunatną deszczówką. Silnik wyraźnie się krztusi. Po krótkiej walce poddaje się. Zamoczone przewody odmawiają posłuszeństwa.

– O-o... Cuestión, señor. Problemo... – wzdycha Agostino, nasz lekkomyślny driver.
– Da się zauważyć! – odkrzykuję zdenerwowany. Mam powody. Oto znajdujemy się pośrodku boliwijskiego płaskowyżu Altiplano. Z dala od cywilizacji. Z dala od pomocy. Wszystkie inne jeepy dawno już pojechały przed nami, zręcznie omijając wodniste koleiny. Faktycznie więc mamy problem. Agostino zakłada kalosze i dziarsko maszeruje w kierunku klapy silnika. Kilkanaście minut grzebania pod maską. Kolejna próba odpalenia. Wreszcie zaskakuje. Tłoki ruszyły. Jedziemy. Do Salar de Uyuni jeszcze tylko 10 kilometrów.

Po kilku minutach jazdy dojeżdżamy do celu. – Jak we śnie... – powtarzam niczym mantrę. Dochodzę do wniosku, że...
[pozostało do przeczytania 51% tekstu]
Dostęp do artykułów: