Co się dzieje z Ameryką

To była najlepsza nadzieja ludzkości. W naszej Ameryce panowały demokracja, merytokracja i prawo sprawiedliwe. Taka żwawsza Europa Zachodnia. Do takiej Ameryki wyleciałem z baraku na Okęciu.

Ostatnie lata Reagana i kolejne oglądałem z entuzjazmem. Potem z niedowierzaniem. W końcu ze zdumieniem. „Supermocarstwo popełnia samobójstwo”, jak Patrick Buchanann ujął dziś kondycję Stanów Zjednoczonych. „Rozpada się”, zawtórował mu Charles Murray. „Nie wie, kim jest”, jak zdążył przed śmiercią wypalić w wojnie cywilizacji Samuel Huntington; opisał najazd obcych ludów, nie gdzieś w świecie na przełamanych frontach, lecz we własnym kraju, za co został rasistą.

Nasza różnorodność stanowi naszą siłę

Masa upadłościowa Ameryki jest tak wielka, że starczy na dziesięciolecia, aby kraj utrzymać. Rzym trwa. Jednak barbarzyńcy wdarli się w granice. Są wszędzie, w administracji, szkołach, rządzie, sądach, najważniejszym pałacu stolicy. Nadchodzi śmierć państwa w demokracji lub życie w dyktaturze. Demokracja musiałaby sama wyciągnąć się z bagna, co jest niemożliwe. Nie pozwoli na to oligarchia przekupująca Kongres. Ani ochlokracja, ten tłum, który przekupują politycy, żeby wyniósł ich do władzy. I nie pozwoli liberalna lewica, która woli sprawiedliwość społeczną od sprawiedliwości zwykłej. Co zostaje? Dyktatura lub rozkład.

Upadek zaczął się, jak to bywa, od dobrych chęci, naprawienia krzywdy niewolnictwa. Więc w latach 60. wprowadzono preferencje dla Murzynów w przyjęciach na studia i awansach w pracy, rozszerzane potem na inne mniejszości. Przykładem Barack Obama i jego żona Michelle. Gdyby nie „akcja afirmacyjna”, to nie dostaliby się na Harvard, a w rezultacie do Białego Domu. Murzynowi wystarczy 1100 punktów testu SAT, żeby został przyjęty do najlepszych uczelni, zaś Latynosowi 1230. A biały potrzebuje 1410, Azjata 1550. (Szczyt to 1600). Dzięki temu pojawiły się wybitne postaci wśród etnicznych mniejszości. Po...
[pozostało do przeczytania 67% tekstu]
Dostęp do artykułów: