Twój tato to mój bohater. Syn Ryszarda Siwca

Jego ojciec zaprotestował przeciwko inwazji na Czechosłowację. Podpalił się na oczach tłumu i decydentów. On miał wtedy 16 lat. Dziś Wit Siwiec opowiada nam o swoim tacie, o dzieciństwie i nowym pokoleniu Polaków. Rozmawia Magda Piejko


50 lat temu, 8 września 1968 r., na znak protestu przeciwko inwazji na Czechosłowację Pański tato dokonał samospalenia. Wiemy z filmu Macieja Drygasa, że przed wyjazdem do Warszawy zostawił swoim dzieciom testament, a Panu – swój zegarek… Jak wyglądało Pana ostatnie spotkanie z ojcem? 
Nieco inaczej niż w filmie. To był po prostu wartościowy, szwajcarski zegarek Atlantic z dużym cyferblatem. Zresztą mam go do dziś. Nosiłem taką zwykłą Ruhlę. W tym dniu, w którym tato wyjeżdżał do Warszawy, rano wszedł do naszego pokoju. Obudziłem się. Tato powiedział do mnie, że chce się ze mną zamienić na zegarki. Zdjął swój zegarek, położył mi go obok łóżka na szafce, założył mój, zrobił mi znak krzyża na czole, pocałował i w ten sposób się ze mną pożegnał. 

Pewnie łatwiej jest być synem bohatera w wielkim mieście, dużo trudniej w małym miasteczku, którym jest Przemyśl. Miał Pan wtedy 16 lat. Jak wyglądało życie Pana rodziny po 8 września 1968 roku? 
Tak, z pewnością dużo trudniej żyło się takim rodzinom w małych miasteczkach. Najbardziej dolegliwy był moment, kiedy nagle poczuliśmy się opuszczeni przez wszystkich. Gdy tato jeszcze żył, znajomi i sąsiedzi przychodzili do nas z różnymi problemami. Non stop ktoś dzwonił do nas dzwonkiem albo pukał. I nagle to wszystko się urwało. Pamiętam, że przyszła do nas wtedy nauczycielka ze szkoły, porozmawiała chwilę z siostrą, z mamą. To była jedyna osoba, która się do nas odezwała w tych pierwszych tygodniach po zdarzeniu. Sąsiedzi, z którymi moi rodzice regularnie się spotykali, nie odezwali się do nas ani słowem. Bali się. Ci ludzie zostali w jakiś sposób wytresowani – tak to właśnie odbieram. Mimo że od tamtej...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: