Wojna sędziów

Gdyby Monteskiusz nagle ożył i na dodatek rozumiał coś po polsku, to pewnie złapałby się za głowę. Nie przewidział bowiem sytuacji, gdy to właśnie tzw. trzecia władza – sędziowska – poczuje wolę rządzenia i z udawanej od dawna pozycji bezstronnych sędziów przeobrazi się w hydrę politycznego interesu, która bezwzględnie stanie do walki z legalnie wybranymi organami państwa.


Monteskiusz zapewne zauważyłby też, że w dzisiejszej Polsce postkomunistyczna kasta sędziowska łamie wszelkie reguły, które postulował, aby zostały narzucone sędziom. Przedstawiciele zmienianego właśnie „wymiaru sprawiedliwości” drwią sobie z zasady mówiącej o tym, że sędziowie nie powinni być wybierani przez samych siebie, lecz przez lud, że nie powinni pełnić swych funkcji zbyt długo, bo jest to zachętą do korupcji, oraz że stan sędziowski nie powinien być zamknięty do jednego tylko środowiska społecznego.
Wszystkie te zasady – w dzisiejszej Polsce – Monteskiusz mógłby sobie wsadzić do kieszeni. Przedstawiciele polskiej władzy sądowniczej czują się bowiem nadobywatelami, uważają, że należą im się nie tylko przywileje, które mieli w PRL-u, lecz także te, które nabyli w III RP.  Wyrosła nam zatem kasta pasożytów, którzy nie tylko nie czują się zobowiązani do przestrzegania prawa, lecz uważają, że mogą blokować decyzje demokratycznie wyłonionych przedstawicieli narodu.

Sam pilnuj portfela
W sieci krąży niewybredny dowcip pokazujący poziom, do jakiego zniżyli się przedstawiciele kasty sędziowskiej: „Ostatnio ostrzegałem przyjaciela, aby na stacji benzynowej nie nosił tak demonstracyjnie portfela w tylnej kieszeni spodni. On mi jednak odpowiedział, że czuje się całkowicie bezpieczny, bowiem nie zauważył w obrębie kilkudziesięciu metrów ani jednego »roztargnionego sędziego«”.
Przekonanie o konieczności zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości podzielają już wszystkie działające u nas stronnictwa polityczne. Sęk...
[pozostało do przeczytania 67% tekstu]
Dostęp do artykułów: