Żyjemy, mamy rację!

Było groźnie. A nic nie zapowiadało tragedii. Wyszedłem z mieszkania, zamknąłem drzwi, sprawnie przemieściłem się w kierunku windy. Gdy przyjechała – wszedłem, jak kilka razy dziennie. Nacisnąłem klawisz „0” i… winda ruszyła, zgrzytnęła i stanęła.

Opanowałem panikę. Wcisnąłem guzik z intrygującym symbolem dzwonka. Rozległ się dźwięk, a po chwili głos operatora pogotowia dźwigowego. Opisałem sytuację, podałem namiary i zacząłem cierpliwie czekać.

W takich sytuacjach instruktorzy survivalu zalecają uspokoić kolejne fale paniki poprzez sprawdzenie swojego stanu posiadania. Więc sprawdziłem. Ponieważ wybierałem się na dyżur w redakcji, byłem przygotowany na najgorsze.

Ubrany w trekkingową kurtkę, „taktyczną” koszulę, militarne spodnie i takież buty, mogłem przetrwać kilka godzin w tym trudnym środowisku. W kieszeniach znalazłem cztery komplety kluczy, odmrażacz do zamków, szalokominiarkę, rękawiczki, telefon.

Spojrzałem w lustro. Zrobiłem tradycyjne selfie. „O rety!” – krzyknąłem, dostrzegając na ramieniu… szelkę od plecaka. No jasne, przecież mam jeszcze plecak. W plecaku, oprócz kurtki przeciwdeszczowej, apteczki i notesu w kratkę, wymacałem indywidualną rację żywnościową SR nr 8, którą miałem zawieźć do redakcji jako zabezpieczenie na czarną godzinę. „Żyjemy, mamy rację!” – krzyknąłem.

Niestety, nie było mi dane z niej skorzystać. Po 20 minutach od momentu wystąpienia awarii nadeszła pomoc. Pan mechanik otworzył drzwi i zaproponował mi pomoc w wyjściu z tej śmiertelnej pułapki. Nadludzkim wysiłkiem woli wydostałem się z opresji. Znów. A więc jeszcze nie tym razem, profesorze Moriarty…



Lekko i strawnie
Zestaw SR to ważąca pół kilograma paczuszka wielkości cegły, kryjąca w sobie wszystko, czego potrzebować może zgłodniały żołnierz (lub turysta czy mieszczuch zatrzaśnięty w windzie...), aby zjeść sycący posiłek. Występuje w dziewięciu wersjach, różniących się...
[pozostało do przeczytania 30% tekstu]
Dostęp do artykułów: