Rozeznawanie czy kreowanie moralności

Jeśli szukać słów-kluczy do rewolucji doktrynalnej, jaka rozgrywa się na naszych oczach, to nie ulega wątpliwości, że można mówić o dwóch takich terminach. Pierwszym z nich jest słowo „miłosierdzie”, a drugim „rozeznawanie”. I, co ciekawe, oba są interpretowane przez ich najgorętszych apologetów niezgodnie z tradycją teologiczną katolicyzmu.

Miłosierdzie bowiem dla nich to uznanie, że Bóg akceptuje każdy nasz wybór, a rozeznawanie to w istocie tworzenie norm moralnych, które nie ma nic wspólnego z tym, co przez ów termin rozumiał jego twórca św. Ignacy Loyola. Dziś skupię się na rozeznawaniu. Według św. Ignacego Loyoli dotyczy ono wyboru między tym, co dobre, a tym, co lepsze, a nie między dobrem a złem. W największym skrócie oznacza to tyle, że nie można w jego trakcie decydować: zabić czy nie zabić, cudzołożyć czy nie cudzołożyć, zgwałcić czy nie zgwałcić, ukraść albo nie, lecz można jedynie rozstrzygnąć, czy podjąć taką czy inną dobrą decyzję. Można zatem rozeznawać, czy wstąpić do zakonu, czy się ożenić, jaki zakon wybrać albo czy zacząć pracę w „Gazecie Polskiej” czy w „Gazecie Polskiej Codziennie”. To są rzeczy, o których można decydować w ramach rozeznawania. Niestety, we współczesnej debacie teologicznej „rozeznawanie” nabrało charakteru „tworzenia” norm moralnych. Gdy jakiś zachodni biskup mówi o „rozeznawaniu”, to zazwyczaj ma na myśli to, że każdy ma prawo „rozeznać”, co jest dobre, a co złe. Tyle że to nie jest „rozeznawanie”, lecz uznanie, że w istocie norm nie ma, a każdy ma je sam sobie stworzyć. I nie ma to nic wspólnego nie tylko ze św. Ignacym Loyolą, ale w ogóle z katolicyzmem.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: