Czysta pasja a czyste szaleństwo. W kolejce na ośmiotysięcznik

Nie będę ukrywał. To dla mnie trudny tekst. Pisanie tuż po stracie rodaka zaginionego gdzieś tam w okolicach 7200 metrów n.p.m., pozostawionego w lodowej szczelinie, otulonego w śpiwór przyjaciółki, mającego odmrożoną twarz i kończyny, umierającego, nie jest rzeczą prostą.

To prawdopodobnie najbardziej medialny temat tej zimy. I pewnie każdy z nas ma zarówno o tej wyprawie, jak i sensowności całego polskiego programu himalaizmu zimowego, swoje zdanie. Ja również. Ale o tym później.

Fakty są takie. Tomasz Mackiewicz kochał góry i chciał po nich chodzić. Był w tym niezły. Za trawers ściany Mount Logan w Kanadzie otrzymał nawet Kolosa – najbardziej prestiżową nagrodę w polskim światku podróżniczym. To jednak nie wyczerpało jego marzeń. Śnił o Nanga Parbat. To dla niej przemierzał pół świata aż sześć razy. Za każdym razem na darmo. Za każdym razem poddając się w okolicach wysokości 7200–7400 m n.p.m. Aż nastąpił ten siódmy raz. Skuteczny. Ale ostatni.

W Himalaje jeździł za pieniądze z tzw. crowdfundingu. Finansowali go wierni fani, podobni do niego pasjonaci. Pewnie wśród nich także tacy, którzy po cichu mu zazdrościli, widząc, jak bezkompromisowo idzie za marzeniami. Nie miał sponsora. A ten na pewno by mu się przydał. „Gdy zaczynaliśmy myśleć o zdobyciu ośmiotysięcznika zimą, nie mieliśmy zbyt dużego budżetu. Nanga była najbliżej, najbliżej Karakorum Highway. Była najłatwiej dostępnym ośmiotysięcznikiem z tych, na które jeszcze nikt nie wszedł. Dlatego padło na Nangę, a jak już zaczęliśmy, to trzeba to skończyć” – mówił w rozmowie z portalem PolskieRadio.pl w kwietniu 2015 r.
    
Kasa musi się zgadzać
Wyprawa w Himalaje czy Karakorum kosztuje. Nie wystarczy mieć na przysłowiowy bilet i sprzęt. Do budżetu trzeba też doliczyć stawki dla tragarzy, przewodników, pozwolenie na wejście na szczyt. Całość domyka się najczęściej w okolicach 30 tys. dolarów. Oczywiście są tacy, których stać...
[pozostało do przeczytania 63% tekstu]
Dostęp do artykułów: