To dobry czas. Na bieluśkim szlaku

Na zewnątrz ciemno. Dopiero czwarta nad ranem. Wjeżdżamy na puste ulice Zakopanego. Nad aleją 3 Maja migają jeszcze świąteczne girlandy.

O ile na trasie popadywał deszcz, tu nie ma już po nim śladu. Tutaj sypie biały puch. Piaskarki nie zdążyły jeszcze wyjechać. Mkniemy po nieodśnieżonych ulicach. Nie widać nikogo. Ciemne niebo. Białe dachy. Gdzieniegdzie snuje się ulatujący z komina dym. Robi się mistycznie. Skrzypiące o śnieg koła naszego auta wpadają na Drogę Oswalda Balzera. Kończy się światło latarni. Trzeba włączyć długie. Dopiero teraz, pokonując kolejne wspinające się coraz wyżej meandry szosy, widać, że regiel dolny jest przepięknie pokryty białym puchem. Jest nieziemsko. Smugi naszych reflektorów rozświetlają opadające na drogę płatki śniegu. Ślad samochodowego światła zręcznie wędruje po gałęziach mijanych jodeł. W tej chwili uginających się pod ciężarem świeżej, białej pokrywy.

Mija piąta. Czas wyjść z bezpiecznego i sympatycznie rozgrzanego auta. Na zewnątrz jest naprawdę zimno. Trzeba włożyć wszystkie możliwe warstwy. Podwójne rękawice, termiczną odzież. Nadal jest ciemno. Trzeba sobie pomagać latarką. Oprócz naszego samochodu na pobliskim parkingu widać jeszcze dwa inne auta. Na krakowskich rejestracjach. Ale bez pasażerów. Ci pewnie są już wyżej.

Niebo nadal ponure. Gwiazd nie widać. A co słychać? W tej chwili przede wszystkim nasze ciężkie oddechy oraz chrupotanie butów wbijających się w kopny śnieg. Nic nie mówimy. Każdy przeżywa to spotkanie po swojemu. Zaczyna wewnętrzną rozmowę. W takich warunkach jakby łatwiej. Jeden o problemach w domu. Drugi o chorej matce. Trzeci o kolejnym odrzuconym CV w firmie. Mięśnie zdążyły się już nagrzać. Głowa zajęta jest jeszcze czymś innym. Ale za kilka chwil zostawi wszystkie troski na kilkadziesiąt godzin. Na czas spędzony w górze.

Brzask. Nic nagłego. Świt systematycznie rzuca światło na otaczający nas las. Latarki nie są już potrzebne. Widać...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: