Palikot licytuje

Adam Michnik, pomny sławnej metafory Jacka Kuronia o zawracaniu stada mustangów, przyuczył jednak swoją formację do działania chytrego. On sam, ilekroć pisze tekst mający na celu wybielenie ubeków, zaczyna od deklaracji: „ja też uważam, że zbrodnie powinny zostać rozliczone, ale…”, gdy występuje przeciwko lustracji, udaje, że czyni to z pozycji człowieka uznającego jej zasadność etc. A kiedy jego faktyczne tezy zostaną przez kogoś odarte z tej obłudnej retoryki – tak jak to zrobił np. Jarosław Marek Rymkiewicz – posuwa się do terroryzowania go przy użyciu usłużnych „rozgrzanych sędziów”. Tym tropem idzie całe środowisko, które pracując nad zniszczeniem polskości, jednocześnie gromko lamentuje, że ktoś ośmiela się im odmawiać prawa do polskości i najserdeczniejszych dla niej intencji .

A tu nagle „udany” Palikot wali otwartym tekstem to, co przed frajerstwem powinno pozostać ukryte. Pozostali liderzy milkną skonsternowani, tylko Aleksander Kwaśniewski zwraca mu delikatnie uwagę, w duchu: nie tak głośno, kolego. Najwyraźniej wszyscy uznali, że narwańcowi „się wypsło”.

Nic podobnego. Na ile Palikota znam, nie mówi on niczego przypadkiem. Po prostu, wskazując otwarcie cel dotąd skrywany, postanowił przelicytować Cimoszewicza, Millera i innych potencjalnych przywódców lewicy. Skalkulował sobie najwyraźniej, że najaranego trawką motłochu, który atakował modlących się pod krzyżem oraz hałasował przeciwko pochówkowi prezydenta Kaczyńskiego, wyprodukowała już III RP wystarczająco wiele, aby dało się na jego plecach podjechać bliżej wymarzonego stołka. I że otwarte prezentowanie powodującej tym motłochem nienawiści do własnych korzeni, do swojego „obciachowego”, polskiego pochodzenia, będzie na to najlepszym sposobem. Tym bardziej że w przeciwieństwie do lewicowców z pokolenia Michnika, którym marzył się rząd dusz nad całym społeczeństwem, chce tylko wykroić swoje dziesięć procent.

Tak czy owak, sytuacja nabiera wyrazistości. Z jednej...
[pozostało do przeczytania 5% tekstu]
Dostęp do artykułów: