Pod skrzydłami Opatrzności

Z pokolenia Kolumbów

Jerzy Woźniak urodził się w 1923 r. w Krakowie, choć powtarza, że jest z ziemi rzeszowskiej. Stamtąd pochodzi jego rodzina, tam się wychował.

To w szkole, jak opowiada, całe jego pokolenie zaraziło się miłością do Ojczyzny. – Istotne jest to, że Ojczyznę mieliśmy wolną, nową, niedługo po wielkiej wojnie. Pamięć o zaborach była żywa. Zaczytywaliśmy się Sienkiewiczem, Gąsiorowskim. Takie było Pokolenie Kolumbów. A potem nagle, w 1939 r., straciliśmy ukochaną Ojczyznę – wzdycha. – Liczyliśmy, że nasi sojusznicy w razie agresji Niemiec nam pomogą. Przeliczyliśmy się.

Był zbyt młody, by wstąpić do ZWZ. Dopiero w 1941 r., gdy skończył 18 lat, mógł zostać żołnierzem AK pod ps. „Żmija”. Pokazuje zdjęcie swojego rodzinnego domu w Błażowej pod Rzeszowem: – O tu, na piętrze, była tajna radiostacja – uśmiecha się. – Brałem czynny udział w akcji „Burza”. Robiliśmy zasadzki na Niemców, raz nawet postrzelałem, ale nie wiem, czy udało mi się ubić Niemca – śmieje się. Oprócz walki z najeźdźcą Woźniak się uczył: zdał maturę na tajnych kompletach, skończył szkołę podoficerską.

Nadszedł rok 1944. Sowieci wkroczyli na Podkarpacie. – Myśmy zdawali sobie sprawę, że walka z Sowietami jest beznadziejna, prowadzi donikąd. Trzeba było jednak nadal bronić kraju. Dla nas wojna się nie skończyła.

To wówczas, w sierpniu, po raz pierwszy Opatrzność dała o sobie znać. – W naszym domu zamieszkał pułkownik z Pułku Gwardyjskiego Armii Czerwonej. Pomieszkał dwa tygodnie, poznaliśmy się trochę. Któregoś dnia przybiegł do mnie i powiedział: panie Jurku, NKWD idzie po pana, niech pan ucieka! Wyskoczyłem przez okno. Szczęściem niedaleko był las. Tam się ukryłem. Jak widać, nawet wśród Rosjan zdarzali się dobrzy ludzie.

Przez Europę

W 1945 r. dostał rozkaz przetarcia tzw. szlaku francuskiego. Była to droga przerzutu na Zachód, którą miał sprawdzić pod kątem jej...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: