Kaczyński czy Balcerowicz?

To już jest koniec, możemy iść…

Najchętniej napisałabym, że to już koniec – Donald Tusk jest politykiem w erze „późnego Millera” i niewiele może już mu pomóc, by wrócił do pozycji faktycznego lidera obozu anty-PiS. Tak jak Leszek Miller pod koniec swoich rządów, tak Donald Tusk dzisiaj jest politykiem, którego faktyczna pozycja, mimo wciąż niezłych sondaży, stale się osłabia. Konflikt w Platformie ma m.in. tło właśnie takie – po tym, jak premier Tusk odnalazł się wobec katastrofy smoleńskiej, jak oddał prowadzenie śledztwa Rosjanom i nie umiał dobitnie i na czas odpowiedzieć na obrażający już nie tyle honor, ile nawet zdrowy rozsądek raport MAK, szef rządu stał się obciążeniem dla swojej formacji. To zupełne odwrócenie sytuacji – dotychczas to Tusk był lokomotywą formacji, teraz PO będzie musiała się sprawdzić w wyborach mimo premiera Tuska. To może być trudne, zwłaszcza że Tusk popełnia właśnie szkolne błędy poprzednich ekip, które po okresie swoich rządów przegrywały z kretesem – udaje, że nic się nie stało. Dotyczy to nie tylko raportu MAK, ale też upartego trzymania w rządzie ministrów, którym dymisja w powszechnym odczuciu po prostu się należy. Upór – by utrzymywać na stanowisku zarówno Bogdana Klicha, jak i Cezarego Grabarczyka, bo gdyby ich zdymisjonować, okazałoby się, że to PiS ma rację – jest nie tylko krótkowzroczny, ale pokazuje też, że Donald Tusk mógł nie uniknąć pułapki, w jaką wpada wielu polityków otoczonych dworem pochlebców, zamkniętych w czterech ścianach gabinetów i wożonych limuzynami – stracił dystans do rzeczywistości.

Rekonstrukcja premiera

Najchętniej napisałabym zatem, że premier zadufany w sondaże, które spadają, choć nadal są wysokie, i rady dworaków prowadzi Platformę do niechybnej porażki w wyborach, gdyby nie to, że wraz z opłacanym z publicznych pieniędzy Igorem Ostachowiczem umieli wymyślać przecież już takie zabiegi wizerunkowe, które wybawiały szefa rządu od...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: