Kasza po wolińsku

Podczas jesiennych warsztatów w wolińskim skansenie zabrakło dla mnie pracy przy obsadzaniu drzwi w chacie (dwóch kierowników budowy w zupełności wystarczyło). By jednak być pożytecznym, zostałem szefem kuchni.

Przepis na kaszę pęczak po wolińsku (proporcje na 12 mężczyzn). Kupujemy: paczkę ciastek „Viking”, dwie paczki kaszy pęczak, trzy kostki smalcu, pęto kiełbasy podwawelskiej, rosołek w kostkach. Przygotowanie: na żeliwną patelnię wrzucamy paczkę smalcu i stawiamy na ogniu. W dłoń lewą chwytamy pęto kiełbasy, w prawą – nóż i skrawamy kiełbasę w nieregularne n-ściany wielkości mniej więcej żołędzi tak, by wpadały na patelnię (jak kto lubi, może tę operację wykonać na desce do krojenia, proszę bardzo, co mi tam).

Gdy podwawelska nieco się rozgrzeje, zestawiamy patelnię na pobocze paleniska. Nad ogniem wieszamy kociołek o wielkości słusznej, wsypujemy kaszę i zalewamy wodą tak, by nad kaszą było tej wody na dwa palce. Dorzucamy garść soli. Teraz aktywne czekanie – możemy uczestniczyć w rozmowie, wtrącając swoje mniej lub bardziej kąśliwe uwagi, popijać wodę borżomi i śmiać się z dowcipów wodza, nie zapominając jednakże o mieszaniu kaszy co jakiś czas. Gdy woda znad kaszy zniknie, wrzucamy do kociołka zawartość patelni, doprawiamy szczyptą pieprzu, papryki i ulubionych ziółek. Mieszamy i odstawiamy kocioł obok paleniska. Na nagle opustoszałą patelnię wlewamy kwartę wody, stawiamy nad ogniem, a gdy w okamgnieniu zaczyna parować, wrzucamy trzy kostki rosołowe. Gdy kosteczki się rozpuszczą, wlewamy ten wywar do kaszy i mieszamy.
Gdy śmiechy po ostatnim opowiedzianym przy stole dowcipie wybrzmią, stawiamy na stole paczkę ciastek „Viking”. Ręce biesiadników chciwie wyciągają się w ich kierunku... – O nie! Hola, hola! Najpierw kasza! – mówimy, zabieramy ciastka i stawiamy michy z kaszą. Biesiadnicy – chcąc, nie chcąc – sięgają po kaszę. Jeśli nic nie zepsuliśmy, biesiadnicy sięgać będą jeszcze kilka razy i... zapomną o...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: