Najskuteczniejsza broń Europy!

Przez 200 lat polscy husarze sprawiali, że nasze granice były bezpieczne – mówił minister Antoni Macierewicz, otwierając piknik militarny towarzyszący lipcowej wizycie prezydenta USA Donalda Trumpa w Polsce.

Tymczasem w pochmurny wrześniowy weekend podczas imprezy „Skrzydła chwały” mieszkańcy stolicy mogli zobaczyć i dowiedzieć się nieco więcej o husarii, ale też innych formacjach kawaleryjskich z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej.

Dwa miesiące temu pisząc o inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, wspominałem o dużej umowności, z którą przyszło się zmierzyć widzom tego widowiska. Wystawienie rycerskiego pocztu to niebagatelny wydatek, dlatego na grunwaldzkich polach temat ciężkiej polskiej jazdy jest – powiedzmy – jedynie sygnalizowany.

200 lat później ciężkozbrojny kawalerzysta nie musiał kłopotać się o swoje zaplecze: husarz był po prostu żołnierzem zawodowym. Dlatego także dzisiejsi odtwórcy XVII-wiecznej kawalerii nie ciągną za sobą pocztowych, ciur, kucharek i całego taboru. A całe zaoszczędzone w ten sposób grosiwo przeznaczyć mogą na rzecz dla kawalerzysty najważniejszą: konia.

Dzisiejsi husarze, rajtarzy, dragoni czy ułani łączą dwie pasje: jeździectwo i historię. To połączenie wydaje się być dość naturalne, w końcu koń jako środek lokomocji też nie jest ostatnim krzykiem mody. Jednak kilkumetrowa kopia, lśniący napierśnik, szabla (parametry szabli husarskiej czynią ją – zdaniem fachowców – najbardziej wszechstronną formą broni białej) czy wreszcie skrzydła robią na widzach niemałe wrażenie już od czterystu lat.
I lepiej mieć husarię po swojej stronie.


Cudzoziemski autorament
Od przełomu XV i XVI w. w Polsce, jak i w całej Europie, pojawiają się podobnie wyglądające i walczące formacje: rajtarzy, arkebuzerzy, dragoni. Te cudzoziemskiego pochodzenia oddziały były swego rodzaju konnymi strzelcami. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dołożyli do tego tradycyjnych,...
[pozostało do przeczytania 24% tekstu]
Dostęp do artykułów: