Bez nowych zamówień nie przetrwają

Dobrymi chęciami piekło wybrukowane

Dwuznaczne stanowisko w sprawie uratowania stoczni gdyńskiej prezentuje MON, zarówno pod poprzednim kierownictwem Bohdana Klicha, jak i obecnym – Tomasza Siemoniaka. Z jednej strony deklaruje chęć zachowania jej potencjału. Z drugiej twierdzi, że tak naprawdę nie jest w stanie wiele zrobić, bo los zakładu znajduje się obecnie w rękach syndyka. Z przysłanych nam przez MON informacji dowiadujemy się m.in., że „resort ON jest żywotnie zainteresowany zachowaniem zdolności techniczno-produkcyjnych SMW SA w części dotyczącej uzbrojenia i wyposażenia specjalnego (…). Konsekwencją powyższego, obok wysiłków zmierzających do zabezpieczania potencjału ww. spółki w celu zapewnienia realizacji zadań na potrzeby MW RP, jest znacząca determinacja resortu w lokowaniu zamówień w polskich stoczniach, z wykorzystaniem m.in. kooperacji z SMW SA”. Jednak – czytamy dalej – „jak wiadomo, MON nie jest dominującym udziałowcem w SMW. (…) wszelkie działania dotyczące funkcjonowania ww. spółki należą do wyłącznych kompetencji syndyka oraz sędziego komisarza, a w niedalekiej przyszłości także do rady wierzycieli”.

Wystarczą nam dwa okręty podwodne

Poprzedni szef MON Bohdan Klich, zanim został zdymisjonowany w połowie ub.r., udzielił cząstkowej odpowiedzi na dwa z sześciu konkretnych pytań postawionych w interpelacji pos. Dariusza Seligi: „SMW powinna mieć określone rynki zbytu, ponieważ Marynarka Wojenna potrzebuje tylko dwóch okrętów podwodnych na przestrzeni najbliższych dwunastu lat. Uzasadnionym ekonomicznie przedsięwzięciem byłby udział tej stoczni w ewentualnej kooperacji z potencjalnym zagranicznym dostawcą, bowiem krajowe stocznie nie posiadają opanowanej technologii budowy okrętów podwodnych”.

Dwóch konkurentów

Tymczasem, jak informuje w styczniowym numerze miesięcznik „Nowa Technika Wojskowa (NTW)”, MON wciąż nie rezygnuje z planów zakupu...
[pozostało do przeczytania 63% tekstu]
Dostęp do artykułów: