Radykalizm ćwierkający

140 znaków to niewiele. Ten felieton jest około 14 razy dłuższy. Cóż więc można zawrzeć w takim krótkim komunikacie? O tym, że jednak sporo, wie każdy, kto korzysta z Twittera, gdzie właśnie tyle znaków mamy do dyspozycji.

Twitter to bez wątpienia znakomite narzędzie. W założeniu serwis ów pozwala każdemu dotrzeć ze swoimi treściami do w zasadzie nieograniczonej liczby odbiorców. Umożliwia błyskawiczne przekazanie komunikatu, ale i niemal natychmiastowe nadanie relacji z miejsca zdarzenia, o czym przekonujemy się, niestety, przy okazji kolejnych zamachów terrorystycznych. Nim usłyszymy pierwsze sygnały w telewizjach informacyjnych, na Twitterze pojawiają się zdjęcia, filmy, trwają dyskusje, rozpoczynają się śledztwa internautów. Tradycyjne media o tym wiedzą i często „zasysają” treści z Twittera do swoich łamów i anten. Jednak jest coś jeszcze. „Specjaliści od mediów społecznościowych” twierdzą, że owe słynne 140 znaków wystarczy „liderom opinii”, by „nadać spin” albo „zmienić grę”. Co to znaczy?

Niestety, media społecznościowe i media w ogóle zmieniają się powoli w wojnę takich właśnie narracji i spinów. W tym informacyjnym szumie biorą udział plemiona dowodzone przez „liderów”, mających wśród swoich fanów swoisty autorytet. Owczy pęd, ślepe zaczadzenie i brak argumentów, które zastępuje się cepami retorycznymi i hejtem. To ciemna strona Twittera i w ogóle mediów społecznościowych.

A ja mam dość grubą skórę, ale i słabe nerwy. Gdy ostatnio wypowiedziałem się na Twitterze na temat tego, że TVP Info nierzetelnie przedstawiła kwestię Fundacji Otwarty Dialog, długie godziny spędziłem na odpieraniu zmasowanego, prymitywnego hejtu i wchodzeniu w dyskusje na poziomie rynsztoka. Furda tam, że miałem rację. Okazałem się jednak dla „wyznawców” nie dość radykalny, więc niemal zdradziecki. Cóż, my w „Gazecie Polskiej” nie musimy silić się na 140-znakowy, często anonimowy radykalizm. Byliśmy radykalni, nim to było modne,...
[pozostało do przeczytania 1% tekstu]
Dostęp do artykułów: