Sami swoi – inaczej

Tytułowa Róża (znakomita Kulesza) jest wdową po niemieckim żołnierzu. Tadeusz (równie dobry Dorociński), żołnierz AK, któremu Niemcy zabili żonę, jedzie na Mazury pozbierać się po jej śmierci i traumie Powstania, a przy okazji przekaże Róży ostatnią wieść od owego męża. Rzeczywistość wygląda tam przerażająco. Plenią się bandy, ale groźniejsi i bardziej bezwzględni są sowieccy wyzwoliciele. Nieliczni Mazurzy, którzy nie wyjechali, mimo polskiej mowy traktowani są przez polskie władze jak Niemcy, czyli podludzie.

Nie tak było w „Samych swoich”. Okrucieństwo, barbarzyństwo w Polsce powojennej, w filmach takich jak „Południk zero” czy „Prawo i pięść” przejrzało się tylko częściowo. Tu oglądamy je we właściwych proporcjach, jako serię nieszczęść spadających na lokalną społeczność, zwłaszcza Różę, której nie daje spokoju sowiecki oficer zalotnik (Lubos). Przed widzem obraz powszechnego zniszczenia ludzkich dusz i pejzażu, w którym zaczyna się mościć nowa władza. Jej przedstawicielami będzie oficer NKWD (Zmiejew), oficer UB (Bobrowski) – tak się składa, że zarazem kolega Tadeusza z Powstania.

Tadeusz, czego zrazu nie ujawnia, jest nie tylko wypalonym wdowcem, ale również wojownikiem. I głodnym normalności mężczyzną. To go zbliży do Róży. Pomoże jej przy gospodarstwie, rozminuje pole. Jako wojownik zapewni też kobiecie skuteczną ochronę. Niestety, do czasu – parasol, jaki nad Tadeuszem roztoczy wspomniany kolega, okaże się krótkotrwały i problematyczny. Nikomu nie można ufać. Niebezpieczeństwo może przyjść od strony serdecznych osiedleńców z Kresów (Preis, Braciak). Tadeusz wypowiada światu wojnę także w ich obronie, ale nie doczeka wdzięczności. Inaczej niż wojownicy w amerykańskim kinie, nie podoła, musi przegrać. Co kraj, to obyczaj.

„Róża” wzięła nagrodę w Gdyni i na Festiwalu Warszawskim, gdzie filmy ogląda się nie tylko dla naskórkowej przyjemności. Rzecz jest lekcją, tragedią, mamy tu też coś z westernu, z historii miłosnej....
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: