Smoleńsk – gdybym ja prowadził śledztwo

Wybaczcie megalomaństwo tytułu, ale postanowiłem – na chwilę – wcielić się w typowego oficera śledczego i przeprowadzić prostą, policyjną analizę tego, co wszyscy już o katastrofie smoleńskiej wiemy.

Prowadząc najprostsze nawet śledztwo, każdy policjant (nie mówiąc już nawet o prokuratorze) musi odpowiedzieć sobie na kilka zasadniczych pytań, które sprowadzają się do poznania kryjącej się za nimi tajemnicy.

Jak? Kiedy? Dlaczego? Po co?
W przypadku rozważania nad tajemnicami katastrofy w Smoleńsku ciągle nie znamy odpowiedzi na pytanie: Dlaczego śledztwo zostało de facto całkowicie oddane w ręce Rosjan? Na nic zdało się pozorowanie czynności śledczych przez komisje Millera i Laska. Polska nie prowadziła swojego śledztwa, ludzie Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego dbali jedynie o to, aby znaleźć jak najwięcej argumentów na potwierdzenie rosyjskich ustaleń. Wróćmy jednak do początku i postawmy się wobec podstawowych pytań, przed jakimi stają śledczy.

Jak doszło do katastrofy smoleńskiej?
Zdaniem ludzi z kręgów PO i PSL sprawa stała się jasna już kilkadziesiąt minut po tragicznym zdarzeniu. „Do katastrofy doszło z winy pilotów”. Taką wersję niestrudzenie kolportowali politycy rządzącej wówczas koalicji oraz wysługujące się im media. Dołączyły do tego znaczące wydawnictwa książkowe, takie chociażby jak „Prószyński”, które natychmiast jęły wydawać opracowania potwierdzające rosyjskie tezy o winie pilotów.
Potem Rosjanie podrzucili opowieść o pijanym generale Błasiku, który – w sposób nieuprawniony – znalazł się w kokpicie samolotu tuż przed lądowaniem. Prowadząca śledztwo prokuratura wojskowa od razu amputowała sobie wszelkie możliwości badania, czy w czasie lotu prezydenckiego samolotu nie doszło do nagłych zdarzeń, takich chociażby jak wybuch na pokładzie. Od razu, jak w przypadku budzącego coraz więcej wątpliwości śledztwa w sprawie śmierci Andrzeja Leppera,...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: