Negacja totalna

Określenie „opozycja totalna” dobrze brzmi jako hasło, ale do końca prawdziwe nie jest. W końcu opozycyjni totaliści uczestniczą w grze parlamentarnej, pobierają diety, występują w reżimowej telewizji, ba, w terenie wchodzą nawet w jakieś koalicje.

Dlatego bardziej trafnym określeniem sytuacji jest moim zdaniem wyrażenie „totalna negacja”. Negacja, która dawno przekroczyła granicę śmieszności i głupoty. Polega ona bowiem na automatycznym kontrowaniu wszystkiego, co mówi lub robi nienawistna władza.
Władza powie na przykład w piątek, że jest piątek – a opozycja na to: „łgarstwo!”. Władza pochwyci projekt od lat lansowany przez opozycję, a ta twierdzi, że należy zwalczać go ze wszystkich sił.
Ta logika nakazuje opozycji obronę spraw dawno przegranych (np. polityki wschodniej Sikorskiego) i ludzi ostatecznie skompromitowanych, vide TW „Bolek” czy sprawa emerytur dla byłych esbeków.
Czy jest w tym jakaś logika? Owszem, logika negacji totalnej.
W satyrze okresu stalinowskiego występował stereotyp „ciotki reakcjonistki”, która bojkotowała państwowe wodociągi i miejską komunikację (aż dziw, że oddychała reżimowym powietrzem), nikomu jednak do głowy by nie przyszło, że wedle podobnych reguł będzie pół wieku później postępować poważna partia (albo i dwie) w demokratycznym społeczeństwie.
Nie wiem, kto wymyślił obsadzenie Prawa i Sprawiedliwości w roli wcielonego zła. Nawet antyfaszyści przyznawali Hitlerowi, że buduje autostrady i zapewnia samochód szerokim masom. Jednak w działaniach rządzącej w Polsce prawicy żadnych pozytywów być nie może!
Dwie partie opozycyjne zachowują się tak, jakby składały się wyłącznie z klonów Niesiołowskiego. Co gorsza, żadne klęski ani sondażowe wpadki nie skłaniają ich do zmiany raz podjętej metody.
Nie zapewniają też trwałości swego elektoratu, który nie składa się wyłącznie z ludzi myślących emocjami.
Krytyka punktowa, nawet złośliwa i wyolbrzymiona, może skutkować...
[pozostało do przeczytania 18% tekstu]
Dostęp do artykułów: