WARUM?

– Dziś nie ma ruchu... – orzekł właściciel interesu. – Dzień bez-imieninowy, niech pan, panie Benku, od razu podskoczy do niego...

Ten siwiutki i schludny staruszek lubił swego pomocnika. Miał przecież z niego pociechę. Z Benka fachman był nie byle jaki.

Jak to sam mówił: „Jeśli chodzi o bukiety, to tylko ja i jedna z Mokotowskiej, a tak nie ma od nas lepszych w te klocki”.

Szczera to prawda. Złote do kwiaciarstwa ręce. A spokój miał Benek ze sobą już od roku. Nic go nie prześladowało i żadnych złych wspomnień.

Teraz obejrzał się w lusterku, przygładził czarne, sterczące jak szczotka włosy i poszedł pod wskazany adres.

– Fartu życzę! – rzucił za nim szef.

– Co ma nie być... – odparł Benek.

Po drodze kupił jeszcze lepsze papierosy, „Carmeny”. Niech sobie cudzoziemiec nie myśli, że z jakimś łachmytą ma do czynienia.

Cudzoziemiec zajmował willę w ustronnej uliczce przy skarpie nadrzecznej. Willa była okazała. Ogródek malutki. Rzucił Benek fachowym okiem i już wiedział. Harówki tu nie będzie. Zadzwonił. Otworzył drzwi wysoki mężczyzna w welwetowych spodniach i zamszowej bluzie. Mówił łamaną polszczyzną, ale można się było z nim dogadać. Bardzo chciał mieć kwiatowy ogródek. Już w drzwiach to powiedział. Zaprosił Benka do wnętrza. Znaleźli się w wielkim pokoju. Okna zasłonięte, panował tutaj półmrok. Pokój wypełniony mnóstwem rzeźb. Większe i mniejsze. Anioły, diabły, święci i upiory. Grupami i pojedynczo. Odpychali się i obejmowali. Na stojąco i na klęczkach. Powiódł Benek zaskoczonym spojrzeniem. W mroku figury tłoczyły się zbitym tłumem. A twarze miały poznaczone różnymi grymasami. Szyderstwem, okrucieństwem, bólem i pokorą... Czymś jeszcze... W nieostrym świetle grymasy zmieniały się i figury jak żywe poruszały ustami, marszczyły czoła. Oczy miały przenikliwe i świdrujące.

Cudzoziemiec uśmiechał się. Coś mówił. Wyjaśniał, skąd te rzeźby...
...

[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: