Kontrolowane zarządzanie „oburzeniem”

Pomysł zorganizowania globalnego „dnia gniewu” był spektakularny. Stał się tematem mediów z całego świata, a głos w jego sprawie zabierali czołowi finansiści i politycy. Jeśli jednak chodzi o realną frekwencję, protesty były znacznie mniej udane, niż wynikałoby to z nadanego im rozgłosu. Najwięcej uczestników zgromadziły w kilku państwach europejskich, gdzie panuje najgłębsza recesja. W Portugalii demonstrowało kilkanaście tysięcy ludzi, we Włoszech 100–200 tys., w Hiszpanii pół miliona. Już jednak w bankrutującej Grecji, którą manifestacje wstrząsają od początku roku, tym razem na ulice wyszło tylko 5 tys. ludzi, a w przeżywającym falę strajków Izraelu – 1,5 tys. W liczniejszych demonstracjach w Nowym Jorku, Los Angeles, Brukseli i Londynie uczestniczyło po ok. 5 tys. ludzi, w całych Niemczech ok. 30 tys. Protesty w odleglejszych krajach były czysto symboliczne, z frekwencją nieprzekraczającą 500 osób.

Zbuntowani pod rękę z władzą

W różnych krajach pojawiały się lokalne akcenty i postulaty. W Australii w protestach wzięli udział Aborygeni. W Kanadzie podnoszono kwestię dostępu do edukacji, w Malezji swobód obywatelskich, a w Japonii skażenia w elektrowni w Fukushimie.

Zasadniczym jednak spoiwem wszystkich „oburzonych” były radykalnie lewicowe sztandary, pod którymi maszerowali, oraz antykapitalistyczne, populistyczne slogany, które wznosili. Głównym obiektem ich gniewu stali się spekulanci i „chciwi finansiści”, którzy swoją żądzą zysku doprowadzili świat do załamania. Demonstrujący żądali, by ponieśli odpowiedzialność za kryzys. Sprzeciwiali się przepaści między biednymi a bogatymi oraz oszczędnościom budżetowym i ograniczaniu wydatków socjalnych.

Na pozór globalny „gniew ludu” i wznoszone hasła o końcu kapitalizmu, „globalnej zmianie” i „rewolucji” powinny wprawiać w popłoch ludzi establishmentu i międzynarodowej finansjery. Tymczasem „Marsze oburzonych” mogą liczyć na rozgłos znacznie...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: