Wegetacja mistrza

Wymienieni aktorzy szokowali publiczność skrajnie naturalnym odgrywaniem swoich postaci. Wszyscy uczyli się w słynnym nowojorskim Actors Studio metody Stanisławskiego, która polegała na maksymalnym wczuwaniu się w rolę. Od razu widzowie zobaczyli zderzenie dwóch światów. Już nikt nie chciał patrzeć na klasyczne aktorstwo Cagneya, Stewarda czy Fondy. Należy oczywiście zaznaczyć, że drogę nowej fali utorowali tacy artyści jak Marlon Brando czy przedwcześnie zmarły James Dean. Jednak ich pojawienie się na srebrnym ekranie wydaje się być tylko momentem przejściowym. Dziś aktorstwo Deana wydaje się nieco anachroniczne, po prostu się zestarzało. Natomiast szalejący w „Ulicach nędzy” De Niro nawet 40 lat po premierze robi piorunujące wrażenie. Niestety przez takie gnioty jak „Showtime” czy „Godsend” wielkie kreacje De Niro odchodzą do lamusa.

Kameleon z lewicowego domu

Robert De Niro wyrastał wśród nowojorskiej bohemy. Jego ojciec był cenionym przez tamtejszą artystyczną śmietankę malarzem. Libertyńskim klimatem domu De Niro tłumaczy jego dzisiejsze polityczne angażowanie się po stronie Baracka Obamy. Matka aktora była członkinią trockistowskiej Młodzieży Socjalistycznej. Do najbliższych przyjaciół domu należeli tacy ludzie jak: Anaēs Nin, Henry Miller, Tennessee Williams. Ojciec aktora był również biseksualistą, który romansował ze swoimi przyjaciółmi ze światka artystycznego. Jego kariera zaczęła blednąć w latach 70. wraz z rozkwitem kariery syna. Po premierze pierwszej części gangsterskiej trylogii Martina Scorsese „Ulice nędzy” krytycy oszaleli na punkcie młodego aktora. De Niro nie grał drobnego cwaniaczka w Malej Italii, który nie boi się nawet mafii włoskiej. On się w niego dosłownie przeobraził. I to się stało jego znakiem rozpoznawczym. „Nieważne, jak blisko będziemy się przyglądać postaci granej przez Bobbiego. Nigdy nie pojawi się Bobby” – mówiła o aktorstwie De Niro Meryl Streep. W następnych filmach aktor dowiódł...
[pozostało do przeczytania 75% tekstu]
Dostęp do artykułów: