Oni wiedzą im wolno

Z jakiegoś powodu pani Paradowska nawet nie bierze pod uwagę, że kwestia, czy się kogoś zabije ciosem pałki w ciemię, czy przez zrzucenie ze schodów, niewiele zmienia. Nawet jeśli szkielet Pyjasa nosi obrażenia typowe dla upadków z wysokości, to od tego do uznania za prawdziwą wersji SB, jakoby student się upił i spadł ze schodów sam z siebie, bez niczyjej pomocy, jeszcze daleko. I za wcześnie rehabilitować sprzedajnego eksperta, który SB taki papier wypisał, a sam, nie wiedząc, że jest nagrywany, szczerze oznajmiał, że to przecież jasne, że „ktoś Pyjasowi dał w mordę”.

Rzecz w tym, że w pewnych sprawach – tam, gdzie idzie o szeroko pojęte dobre imię służb PRL i ich różnorakiej kontynuacji – pani Paradowska wydaje się zupełnie niezdolna do wątpliwości. To zresztą cecha całej tej redakcji. W tym samym numerze, w którym radośnie zapowiada ona zrewidowanie „mitu założycielskiego wpływowego środowiska prawicowego”, Ludwik Stomma sumuje, co wiemy – to znaczy, co on wie – o katastrofie smoleńskiej. „Co wiemy na pewno? 1. Nie było spisku i zamachu”.

Skąd on to wie „na pewno”, zachodzę w głowę. Dowody zniszczone, zeznania zmienione, wszystko, co po stronie rosyjskiej, okryte najściślejszą tajemnicą państwową, i z każdym nowym faktem, który się udaje tej tajemnicy wydrzeć, wątpliwości przybywa – a Stomma wie na pewno. Od Paradowskiej?

A na sąsiedniej stronie – perełka. Ryszard Marek Groński cytuje, zresztą nieudolnie, kładąc ją zupełnie, starą anegdotę o Waldorffie: „Panie… jak pan tam się przed wojną nazywał, bo nie pamiętam? – Nic dziwnego, że pan nie pamięta, przed wojną to pan był małą dziewczynką”. Nawet w ocenzurowanej wersji Grońskiego wiadomo, że wyśmiewany jest tu homoseksualizm znanego muzykologa. Dopiero co salony umierały z oburzenia na posła „kuźwa” Węgrzyna, a Grońskiemu homofobiczne żarty opowiadać wolno!
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: