Trupy w platformianej szafie

Warszawa: karty do głosowania w bagażniku

O tej zbrodni było w Polsce głośno. W marcu okazało się, że zaginiony w połowie lutego biznesmen Dariusz S. nie żyje. Zabójca zastrzelił swoją ofiarę, następnie ją spalił i poćwiartował. Po kilku dniach okazało się, że sprawcą makabrycznej zbrodni mógł być Mariusz W., komendant policji na Białołęce. Motywem działania miały być sprawy finansowe – żona policjanta była winna przedsiębiorcy pieniądze.

W miniony piątek (15 lipca) wyszło na jaw, że W. może być też zamieszany w aferę wyborczą w Warszawie. W samochodzie oskarżonego o zabójstwo policjanta znaleziono wypełnione karty do głosowania na prezydenta stolicy. Dołączony do nich był protokół komisji wyborczej. Sprawę bada prokuratura Warszawa Praga. Jej rzecznik Renata Mazur potwierdziła, że znaleziono kilkaset kart, odmówiła jednak odpowiedzi na pytanie, głosy którego z kandydatów na nich się znajdowały.

Oszczędni w słowach są też przedstawiciele Państwowej Komisji Wyborczej. – Z tego co wiem, na razie prowadzone jest wstępne postępowanie w tej sprawie – mówi w rozmowie z „Gazetą Polską” Anna Lubaczewska, dyrektor warszawskiej delegatury Krajowego Biura Wyborczego. Dodaje, że Państwowa Komisja Wyborcza nie może unieważnić wyborów. – Ustawa przewiduje jedynie protest wyborczy w określonym czasie po głosowaniu. W przypadku warszawskim sprawę bada najpierw prokuratura, jeśli uzna, że doszło do przestępstwa, skieruje ją do sądu. Po drodze może zasięgnąć opinii PKW, ale tylko sąd, w razie przestępstwa przeciwko wyborom, może je unieważnić – tłumaczy.

Powtórne głosowanie czeka warszawiaków jedynie w przypadku udowodnienia, że działanie Mariusza W. pomogło wygrać prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz. – Nie będziemy komentować pogłosek o ewentualnym fałszerstwie – mówi Agnieszka Kłąb, zastępca rzecznika prezydenta Warszawy. – Nie wiemy i nie możemy wiedzieć, głosy na którego z kandydatów znajdowały się na...

[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: