Kataklizm japoński zadłuży finanse

Inwestorzy ciągle jeszcze w małym stopniu doceniają niebezpieczeństwo. Mówi się, że od kryzysu zadłużenia Japonia jest bardzo daleko ze względu na to, że 90 proc. jej obligacji posiadają podmioty krajowe, przez co nie ma ryzyka odpływu kapitału. Ponadto kraj ten posiada olbrzymie rezerwy walutowe sięgające 20 proc. PKB, które w razie trudności z obsługą długu mógłby uruchomić. Choć to wszystko oddala możliwość kryzysu zadłużenia, absolutnie go nie wyklucza.

Jeżeli bowiem dostatecznie duża grupa inwestorów nabierze podejrzeń, że nagromadzony dług nie jest możliwy do spłacenia, zacznie się wyprzedaż japońskich obligacji. Wraz ze spadkiem chętnych do ich posiadania wzrośnie oprocentowanie, którego żąda rynek w zamian za udzielenie rządowi kredytu. To zaś będzie oznaczało, że wzrośnie koszt obsługi zadłużenia, co potwierdzi tylko istniejące obawy, iż Japonia nie jest w stanie swojego długu spłacić. Utrata zaufania na rynkach ma więc cechy samospełniającej się przepowiedni – gdy się pojawia, rząd musi wydawać więcej na obsługę dotychczasowych długów, przez co zadłuża się jeszcze bardziej i jego dług staje się jeszcze trudniejszy do spłacenia.

Przekroczenie tegorocznego deficytu nieuniknione?

Utrata wiarygodności dłużnika jest skutkiem długotrwałego działania wielu czynników, ale sama pojawia się niespodziewanie, pod wpływem jakichś nieprzewidzianych wydarzeń. Takim impulsem powodującym nagle brak zaufania do japońskiego rządu mógłby być wzrost deficytu budżetowego wywołany wzrostem wydatków i spadkiem wpływów podatkowych w związku ze skutkami trzęsienia ziemi. Ponieważ takie potrzeby jak reperacja elektrowni czy odbudowa infrastruktury trudno kwestionować, łatwo będzie rządowi przekonać parlament, że kraj powinien pożyczyć jeszcze więcej. Jeżeli wydatki zwiększone zostaną o tyle samo, co po trzęsieniu ziemi w Kobe w 1995 r. (o około 40 mld dol.), to rząd będzie zmuszony przekroczyć planowany na ten rok deficyt. Czy to...
[pozostało do przeczytania 28% tekstu]
Dostęp do artykułów: